piątek, 20 stycznia 2012



Tak, tak, tak, znów Izrael.
Pojawiłam się tutaj znienacka i z żadnym właściwie konkretnym planem. Ponieważ chciałabym tu dłużej kiedyś pobyć (rok? dwa? pięć?), ten wyjazd ma być poznaniem Izraela od tej strony. No dobra, nie tylko o to chodzi, ale o reszcie może innym razem, a może wcale.

Więc tak, pogoda jest przesłodka, 15 stopni, więc ukrop nie powala, a chłodek nie zniechęca. Czasem pada, grube i ogromne krople przypominające granaty spadają z nieba i tworzą się nagle ogromne rzeki, potoki na ulicach. Buty mokre, mokra kurtka, mokre włosy. Prysznic za darmo.

Wczoraj poszłam wieczorem na spacer, usiadłam w jednej kawiarence na mojej ulubionej ulicy, piłam gorące, parujące mleko z piankami marshmallow, gdy wtem.. nieznany młodzieniec ukazał się mym oczom i tanim podrywem ("dziewczyna mnie właśnie rzuciła") próbował mnie zaprosić na wieczorne party. Gdy to nie skutkowało, obdarował mnie kwiatkiem, który - mimo swojego uroku - też mnie nie przekonał. Zniechęcony poszedł szukać wielkiej miłości dalej.

Tak to właśnie jest z Izraelem. Ile razy mam chwilę zastanowienia czy znudzenia, ktoś się pojawia, coś się dzieje. Tu się nudzić nie da.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz