piątek, 25 listopada 2011

...pero la mejor escuela de la vida es poder viajar...

odliczanie się już skończyło, 24 dni minęły niezwykle szybko, a z każdą godziną coraz mniej mnie było w Polsce (co jest także prawdą w wymiarze "fizjonomicznym", bo nieco ostatnio chudłam). Ciężko było mi się skupić, szczególnie przez ostatnie dwa dni, na sprawach przyziemnych, myśląc raczej o czekającym mnie locie.

Przede mną wiele wrażeń, umówionych spotkań, wyznaczonych celów. Mdleję, gdy pomyślę o tym, że za dwa dni spotkam zaangażowanego artystę, a za cztery sławę socjologii izraelskiej, skóra mi mięknie na samą myśl o zbliżającej się kąpieli błotno-solnej w Morzu Martwym, a brzuch wesoło burczy na wspomnienie hummusu. Wiem, że to będzie wspaniała podróż - całe to oczekiwanie jest wspaniałe, szczególnie, że zazwyczaj żadnej z moich podróży ono nie towarzyszy. Oczekiwania są ogromne, ale przecież to jasne, że Izrael to Izrael - cokolwiek by się nie (!) działo, i tak będę zadowolona.

Do przeczytania, a jak zatęsknicie, zobaczcie, gdzie jestem:

2 komentarze:

  1. buziakow moc :*
    ps. dzisiaj bylam na koncercie michaela greilsammera, ktorego kocham juz jakis czas :)

    OdpowiedzUsuń