czwartek, 8 września 2011

Sintra

[piszę bloga z pewnym opóźnieniem, głównie po to, by dać mojej babuni znać, że żyję - tyle się dzieje, że nie nadążam!]

Couchsurfing to nie tylko darmowe spanie - to przede wszystkim wymiana kulturowa, to doświadczanie tego "innego" świata oczami swojego hosta i doświadczanie tego "swojskiego" świata oczami swojego gościa. Pedro, mój pierwszy host, był pod tym względem szałowy, a ponoć i ja jestem niczego sobie. Dobraliśmy się świetnie, więc całe zwiedzanie i poznawanie Portugalii wyszło fantastycznie.


A więc dnia drugiego Pedro zabrał mnie do Sintry - starego mauretańskiego miasteczka, nad którym wzdychają wszyscy, nie tylko dlatego, że jest na liście UNESCO...


... ale dlatego, że jest przeurocze i każdy powinien się tam wybrać!


Trzeba przyznać, że Sintra jest o wiele bardziej portugalskim miasteczkiem niż Lizbona - a przynajmniej w sensie takim, jak ja sobie bym Portugalię wyobrażała: ciasne uliczki, pranie, kafelki, pewna tajmnica, piękno...


W tych częściach Sintry, gdzie turyści nie wpadają jedni na drugich jest naprawdę uroczo. Pedro powiedział mi, że kiedyś był skautem w Sintrze i było to najlepsze miejsce do skautowych zwiadów, gier i harców. Chciałabym sama w tym uczestniczyć, prawdę mówiąc.


Zamek, który ponoć jest główną atrakcją Sintry (mnie nie zachwycił: ruiny, ruiny, ruiny, widok nieciekawy, 7e) otoczony jest ogrodem botanicznym. Sama budowla położona jest na samej górze samej góry, więc żeby się tam dostać trzeba naprawdę przygotować się na wspinaczkę. Mnie, niestrudzonej piechurce, zajęło to około 30 minut porządnego marszu!


Drzewa były niesamowite, sprowadzane zewsząd na świecie. Po raz pierwszy w życiu widziałam drzewo korkowe, wiecie ile z nim zabawy? Na zdjęciu pomieszanie z poplątaniem.

Ja nie za bardzo lubię chodzić i nie za bardzo lubię się wspinać, ale tego, czego tam doświadczałam, tak bliskiego kontaktu z naturą, nie jestem w stanie opisać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz