środa, 27 lipca 2011

Siódme poty...

Dziś trwa już zdecydowanie za długo, przeszłam już prawie wszystkie ważne punkty, na jutro zostawiłam sobie największe przyjemności, a pojutrze będę się właściwie tylko wypacać na trawie, czytając książkę, a potem - potem to się ruszę gdzie indziej...


Nie jestem pewna, czy w trakcie mojego pobytu wstanę jeszcze kiedyś tak wcześnie, by o 8 być już w pełni obudzona i gotowa do całodniowego chodzenia. W każdym razie - mgiełka na morzu i zaspane stateczki zrobiły na mnie wrażenie. [przy okazji odkryłam paprochy na moim zenit-obiektywie, hmmm...]


Nie chciałabym być ignorantką, chciałabym być wrażliwa i świadoma tego, co dookoła mnie, ale te wszystkie meczety (a w Stambule jest ich prawie 2600), zbudowane mniej-więcej w tym samym czasie, z tego samego materiału, z podobną ilością minaretów naprawdę są dla mnie nie do odróżnienia...


Po kilku godzinach solidnego marszu (po odwiedzeniu Hagii Sofii, Niebieskiego Meczetu itede, itede), postanowiliśmy usiąść w kawiarni i przy tureckiej herbatce zastanowić się, czy aby na pewno chcemy spędzić tu siedem dni. Nie chcemy. Za dużo hałasu, za dużo ludzi, za duże odległości, nic zapierającego dech w piersiach, prócz jedzenia, które przecież jest także i w innych miastach...


Po herbatce nastał czas na sjestę... Nie, nieprawda. Właściwie chcieliśmy pójść zobaczyć zamek, ale skończyło się, jak się skończyło - ludzie leżący na trawnikach, rozkładający się tam, takie widoki wystarczyły, by i mnie to pochłonęło. Było przyjemnie, odliczam już minuty do pojutrza, gdy cały dzień tak będzie wyglądał - jeden wielki piknik...


W drodze na Wielki Bazar myślałam intensywnie o moim stosunku do tego miasta. 12 milionów ludzi się tu tłoczy - to widać po ilości śmieci, po korkach na drogach, słychać po krzykach, czuć w tłumie. 12 milionów to więcej niż ma cały Izrael, a jednak nie ma tu tylu osobowości na ulicach, ludzie sterczą na rogach, sapiąc, a brzuchy wiszą. Wszystko tu jest takie samo, nie ma wielkiej różnorodności. Nie wiem sama, po prostu czuję się zagubiona w tym całym powtarzalnym chaosie [choć się jeszcze ani razu nie zgubiłam tu...]


W końcu dotarliśmy na targ. Oczywiście, wciągnęłam wszystkie słodycze świata, a kiedy poczułam, że tracę kontrolę nad przyrostem masy tłuszczowej, opamiętałam się.


Zapach herbaty unosił się wszędzie i można ją było poczuć nawet na języku i w przełyku.


Ceramika, szklanki i kociołki wołały mnie z każdego rogu (a przecież mam tylko 4 kg wolne w walizce...)


No ale można też było zaopatrzyć się w mydło z czosnku...


A na "do widzenia" - gość, który ma dużo na głowie.

3 komentarze:

  1. ostatnie foto jest ekstra!! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się, jest cudowne;)

    OdpowiedzUsuń
  3. powoli zaczynam ogarniać mój aparat... :)

    OdpowiedzUsuń