czwartek, 7 lipca 2011

Fruuuu!

Siedzę na lotnisku w Pradze. Chwila przerwy między lotami. Tak jak w lutym, lecę do Tel Awiwu. Od tygodnia przygotowywałam się psychicznie na tę chwilę, na tę konkretną przesiadkę. Pół roku temu odprawa była tak stresująca, że ledwie uszłam z życiem. Byłam ciekawa, jak będzie ona wyglądała tym razem i gdzie się ona odbędzie, skoro mój bagaż (z domniemaną bombą) został już odprawiony w Berlinie.

Okazuje się, że całe to przedstawienie wyglądać będzie nijak, bo go po prostu nie będzie. Żadnych żołnierzy, żadnych strasznych agentów w okularach, żadnego prześwietlania całej mnie. Jasne, dodatkowe bramki i dodatkowe sprawdzenie bagażu, ale to nic w porównaniu z tym, czego się bałam.

Zmachana przybiegłam pod bramkę, bo przecież zostały jeszcze tylko 3 godziny do lotu, a lecąc do Izraela TRZEBA być gotowym 4 godziny przed. Pani stewardessa spojrzała na mnie nieco zdziwiona i powiedziała, żebym przyszła 45 minut przed odlotem…

----------------------

Po takiej nazwie lotu można by się spodziewać, że będzie on… okej. Niestety, zarówno samolot (CIASNO!), obsługa (jak stewardessa może nie mówić po angielsku?) jak i „kanapka” (krakersy TUC), na którą czekałam okazały się ogromnym rozczarowaniem.

Kilka obrazków z lotniska:


Przygarbiony, łysiejący facet z koszulką „BORN TO FLIRT” („urodzony, by flirtować”)


Przemiła ikona sławiąca czeską awiację.


Lot, na który teraz czekam (27*C… ;) )
-----------------------------
Nie wiem, czy będę teraz dostępna przez dwa dni. Spędzę je w pewnym miejscu, gdzie obawiam się, że Internet, jeśli będzie, to będzie w mojej głowie tylko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz