sobota, 16 lipca 2011

Ramallah

Na tę wizytę czekałam od mojego powrotu z Serbii, gdzie poznałam trzech przemiłych Palestyńczyków. Jak wiadomo, kochając Izrael ciężko jest słuchać ich opowieści, szczególnie, jeśli nie za bardzo chce się zmienić zdanie. Od tamtego czasu jednak trochę się wydarzyło, kilka książek przeczytałam, kilka artykułów, wymieniłam milion e-maili i wymieniłam słów kilka z najróżniejszymi osobami. Jak możecie przypuszczać, byłam bardzo podekscytowana od samego rana.


Tuż przed wyjazdem przeczytałam kilka rozdziałów książki Piotra Kraśki o Bliskim Wschodzie (nie żeby był ogromnym autorytetem, po prostu wpadła mi ręce). Piotr, z typową dla reportera dramatyzacją, pisze na przykład (rozdział "ile taksówek trzeba, żeby dojechać do Ramallah"):

"Kiedy przyjechałem do Izraela, wsiadłem do taksówki w Tel Awiwie i poprosiłem o kurs do Ramallah. Taksówkarz skręcał się ze śmiechu. Link- Przyjacielu, właśnie Ci ratuję życie, to dla mnie wielki dzień! Nie mam najmniejszego zamiaru jechać do Ramallah i ty też tego nie rób. Zabiliby nas od razu. Zgodził się pojechać do centrum Jerozolimy. W centrum miasta musiałem znaleźć następny samochód, który zawiózłby nas do wschdniej, arabskiej, części miasta. Stamtąd, już z kierowcą Palestyńczykiem, dojechaliśmy do izraelskiego checkpointu na drodze do Ramallah. Po godzinie stania w kolejce do kontroli i rozmowie z żołnierzami przeszliśmy do Autonomii Palestyńskiej. Tu kolejna taksówka i już byliśmy pod siedzibą Arafata"
Cóż, możliwe, że pan Kraśko trafił na taksówkarza, który wyprodukował taką opinię. Szczerze mówiąc, ja, każdemu na mojej drodze (z pominięciem kontroli lotniskowej) mówiłam, że wybieram się do Palestyny i - nikt tak nie zareagował. Co więcej, wszyscy mówili, że tak, dla mnie to będzie ciekawe i że tak, tam jest bezpiecznie. Mówili też, że było kilka przypadków żołnierzy izraelskich czy Izraelczyków, którzy zgubiwszy drogę pojawili się w nieodpowiednim dla siebie miejscu i zostali zlinczowani - ale to inna historia i obcokrajowcy nie mają nic do tego. Swoją drogą, to zabawne, że reporter (bo takim mianem się Kraśka określa) dokonuje oceny na podstawie jednostkowej opinii...


Kraśko uczynił swoją podróż Mission Impossible, a prawda jest taka, że z Tel Awiwu jeździ ileś różnych autobusów (dużych, małych, 3osobowych, choć nadal nazywanych autobusami) do Jerozolimy, średnio co 20 minut. Stamtąd jasne, że można wziąć taksówkę, ale można też przejść się tych 15 minut na Palestyński Dworzec Autobusowy i wsiąść w bus nr 18, zapłacić 6 zł i po 50 minutach być na miejscu. Poza tym, poruszanie się po Jerozolimie taksówką, słyszałam (bo nie doświadczyłam tego) nie jest rozsądne - dużo czasu to zajmuje, a taksówkarze zdzierają ogromnie z obcokrajowców. Dodatkowo, jeśli chodzi o checkpoint (nie można już używać polskiej nazwy - "punkt kontrolny" czy "punkt graniczny"?) to busy, w przeciwieństwie do taksówek, nie są kontrolowane przy wjeździe, dopiero przy powrocie, bo przecież trzeba mieć wizę do Izraela. Taksówki zawsze będą lepiej sprawdzane, bo taksówkarzami jeżdżą ci, których na to stać i którzy szukają wrażeń.
Przy okazji, każda osoba, która porozmawiała z Palestyńczykami chociaż chwilę wie, że określanie ich Arabami jest czymś naprawdę nie na miejscu. Izrael (media, politycy prawicowi) nie używa słów "Palestyna", "Palestyńczycy", bo dla nich nic takiego nie istnieje. Mówi się "arabska część Jerozolimy", ale nie ma tam żadnych innych Arabów niż Palestyńczycy, którzy z kolei mówią, że niewiele mają wspólnego z arabskim światem, o wiele więcej z tym izraelskim, niestety.


No ale już nieważne, ważne, że kiedy wysiadłam z busa, zobaczyłam wielu mężczyzn dookoła mnie, którzy cały czas coś gadali do mnie. Poczułam się nieco osaczona, szczególnie, że jakiś koleś podszedł i zaczął dotykać moich włosów. Na szczęście po chwili pojawił się Motasem i...


... poszliśmy na lody. Szczerze, Ramallah to nie jest świat powojenny, to nie jest żaden koniec świata, to normalne, islamskie (bo nie do końca arabskie) miasto.


Nie wiem, na ile to jest kwestia kultury, a na ile moje niefortunne doświadczenia, ale w obu krajach muzułmańskich, w których dotąd byłam, panuje ogromny brud...

Papiery na ulicach, śmietniska w centrum miasta, porozbierane domy...

...a do tego zatłoczone ulice, świrnięci kierowcy, krzyki i huki, gwar i rozgardiasz. Mieszane uczucia, myślę, że bardzo szybko odczuwałabym zmęczenie - zarówno psychiczne jak i fizyczne.

Różnice między tym, co palestyńskie, a tym co izraelskie są widoczne na pierwszy rzut oka. Miasta żydowskie są skrupulatnie rozplanowane, dokładnie wybudowane, czyste i zadbane, czego nie można powiedzieć ani o palestyńskiej części Jerozolimy ani o Ramallah. Dodatkowo, podczas całego mojego pobytu w Izraelu tylko raz słyszałam amerykańską muzykę - u mojego kolegi w domu, z internetowego radio. Reszta to muzyka hebrajska. W Palestynie właściwie nie pobrzmiewa (z mojego doświadczenia) muzyka arabska czy lokalna. Żydzi mają ogromny respekt dla życia i innych ludzi. W Palestynie jeden gość, zapytany, czemu jeździ jak wariat (a ma 8 dzieci), powiedział, że jeśli Allah chce, żeby żył, to żyć będzie - a nie jest to jednostkowa opinia, to coś bardzo powszechnego. Do tego takie osaczenie, jakiego doznałam w Ramallah w Izraelu nie miałoby miejsca - Żydzi są życzliwi albo w ogóle nie patrzą na obce kobiety (tu mowa o ultra-ortodoksach). Żydzi mają głowy pełne planów na przyszłość, a w Ramallah przyszłości nie ma - z każdego prawie punktu widać mur, a osady żydowskie coraz bardziej się zbliżają do miasta i niedługo je pewnie pożrą.

Ten post może brzmieć antypalestyńsko, ale to nie jest to, co myślę ja. Mam jeszcze większy mętlik w głowie niż przed wyjazdem. To jednak, co wiem na pewno, to to, że strasznie się cieszę, że jestem obywatelką Unii Europejskiej - że na całym świecie się mnie chroni, że mam dostęp do każdej formy edukacji, o jakiej sobie zamarzę, że mogę się spakować jednego dnia i po prostu pojechać, bez błagania o wizę do miasta oddalonego o 16km, które - na mocy ustaleń międzynarodowych - należy do mojego państwa. Tyle.

3 komentarze:

  1. Właśnie widziałam pana Piotra w TV. Zawsze jak go widzę przypomina mi się ten post :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, na ile to jest kwestia kultury, a na ile moje niefortunne doświadczenia, ale w obu krajach muzułmańskich, w których dotąd byłam, panuje ogromny bród...

    Powyższy tekst to cytat z twojego opowiadania o Ramallah. Proszę zauważyć błąd w słowie "bród" - pisze się "brud". Wybacz że się mieszam, proszę to przyjąć przyjacielsko.

    Jesteś na pewno ciekawą osobą, pełną życia i energii. Gratuluję!

    Polski Żyd, mieszkający w Skandynawii (emigracja 68)

    OdpowiedzUsuń
  3. No widzisz, dzięki za ten komentarz - sama zazwyczaj tropię takie ortograficzne przestępstwa, a jednak i mnie się zdarzają od czasu do czasu. Pozdrawiam też.

    OdpowiedzUsuń