niedziela, 8 maja 2011

John Lennon

Wczorajszy wieczór spędziłam na plaży, wciągając koreczki i wegańskie krówki, rozmawiając o sprawach przy- i nadziemnych z Kyro, Hiszpanem poznanym przez Couchsurfing. Kyro jest osobą niezwykłą, wychodzącą poza wszelkie schematy, absolutnie nieprzewidywalną. Spokojny w duchu, bardzo dynamiczny na zewnątrz. Mnóstwo ruchu, mnóstwo słów, a jednak spokojne oddechy pomiędzy. Dużo przeżyć, przemyśleń, bardzo ciekawe zdania i odkrycia się w ciągu tych kilku godzin pojawiły. Cieszę się, dużo mi to spotkanie dało (chyba).


Ponieważ Kyro dziś akurat nagrywał jakiś singiel obok mojego hostelu, zaproponował, żebyśmy się może spotkali na chwilkę także dzisiaj. Jak mogłoby wynikać z poprzedniego zdania, Kyro jest muzykiem, gra na gitarze, perkusji, śpiewa i komponuje, a jego grupa jest dość popularna w Andaluzji (można ich posłuchać na przykład tu), przynajmniej on tak twierdzi, choć skromnie. Co ciekawe, jeszcze kilka lat temu Kyro pracował jako programista i nazywał się Francisco, jednak z powodu pewnych zawirowań...


... odrzucił wszelkie męczące go normy i konteksty, zaczął studiować muzykę i scenopisarstwo i teraz z tego żyje. Teraz wydaje olejną płytę i pisze kolejny scenariusz - będzie to dokument o życiu Majów. No ale też, sam mówi, że kasa to dla niego coś zbytecznego, że nie potrzebuje i nigdy nie ma więcej niż musi mieć, by istnieć w tym świecie. Je mało (dwa skromne wegańskie posiłki dziennie), rzeczy ma albo z second-handu albo sam szyje, a to, co posiada, mógłby zmieścić w jednym plecaku. Ma mieszkanie (które do plecaka by nie weszło, chyba), w którym w zeszłym roku ugościł 220 osób (Couchsurfing), praktycznie codziennie ktoś u niego był, więc, żeby nie było problemów z kluczami, wykręcił zamki z drzwi. Problemy z kluczami - to znaczy: problemów z ich dostarczeniem, bo on sam sporo wyjeżdżał, na przykład na 3 miesiące do Polski, 2 miesiące do Indii (tatuaż) i 1 do Gwatemali. Z Gwatemali też przywiózł tatuaż. Zbierając materiał na scenariusz, palił z potomkami Majów jakieś zielsko i w narkotycznej wizji usłyszał głos, radzący, by Kyro wytatuował sobie napis "Syn słońca" po hebrajsku, "żeby ONI wiedzieli, że to jest właśnie on".

Nie powiem, że chciałabym być taka jak Kyro. Słuchając go, momentami zastanawiałam się, gdzie i czy istnieją jakieś limity wolności i czy on przypadkiem nie jest szalony. Teraz, kiedy nie jest już noc i kiedy nic mi się nie stało, wiem, że szalony nie jest, po prostu bardzo swobodnie podchodzi do reguł i zasad, negocjując ze światem dookoła swoje warunki. A to, akurat, podoba mi się bardzo.
Kyro to, wbrew pozorom, gość bardzo ułożony, tyle tylko, że w sposób całkiem inny niż się to powszechnie przyjmuje. Żyje, żeby żyć - chwilą i pełnią, nie tracąc czasu ani oddechu. Jest realistą, ale nigdy nie opuszcza sfery surrealistycznej. Znalazł sposób (lub nawet kilka), by spokojnie przechodzić z jednej do drugiej lub być w obu jednocześnie - imponujące.

Przygoda

Żeby zjeść pyszny obiad, wybraliśmy się wczoraj do restauracji. Oczywiście, wybór był nieprzypadkowy - po wstępnej analizie menu i cen wybraliśmy tę najtańszą, a jednocześnie jeszcze trochę przypominającą burżujską ;)


To, co mi się podoba w knajpkach tu to to, że w każdej (wstępne obserwacje) można kupić sery, wino i mięcho, które się w niej je. W Andaluzji istnieje tak dużo różnych rodzajów win i serów pochodzących od lokalnych wytwórców, że właściwie nieczęsto można trafić na ten sam w dwóch różnych lokalach w jednej dzielnicy.


Wszyscy zamówiliśmy, a kiedy dostaliśmy swoje porcje, byliśmy nieco zawiedzeni, że nie są one jakoś szczególnie pokaźne. Maria dostała na swoim talerzu tylko dwa kawałki bułki z łososiem, na przykład. Moja porcja wydawała się dziwnie duża, ale zaczęłam, szczęśliwa, szybko wciągać. Jeden z naszych kompanów, Łukasz, czekał na swój talerz dość długo i w pewnym momencie zorientowaliśmy się, że moja porcja składała się z naszych dwóch...! Nieco się przeraziłam, bo w sumie nie lubię płacić za coś, czego nie zamówiłam (szczególnie, że ta druga porcja nie była jakoś szczególnie porażająca), ale cóż, przyjęłam to, co los mi przyniósł...

... no niezupełnie, w sumie. Porozmawialiśmy z kelnerem (nie naszym, ale nasza kelnerka zniknęła), powiedział, że jest ok, że jestem szczęściarą, tylko się cieszyć i że zaraz przyniesie tę drugą porcję. Po jakiejś chwili przyniósł też rachunek, który zawierał dość dużo błędów (np. ilość wody - zamówiliśmy nie cztery wody, a dwie), więc postanowiliśmy wytłumaczyć sprawę. Nasza kelnerka, myśląc, że nie rozumiemy hiszpańskiego, powiedziała kelnerowi, z którym wcześniej rozmawialiśmy, że "każdy powinien płacić za to, co zżarł, bez względu na to, czy to zamówił, czy nie", ale tamten na szczęście był mniej radykalny.

Podsumowując: byłam szczęśliwą klientką, dostałam dwie porcje w cenie jednej :)

[aha, ważne: całą sprawę wyjaśniałam po hiszpańsku i dałam radę - negocjować, opisywać i wyrażać swoje myśli!]

sobota, 7 maja 2011

moja sobota w Maladze

Kilka ciekawostek.

Bardzo przypadła mi do gustu witryna tego sklepu. Tak pomysłowo zaprojektowanego okna jeszcze nie widziałam...!

pomarańcze hiszpańskie, których smak ma się nijak to tych w markecie, u nas. są słodsze, niechemiczne i... świeże.


nisperos, które po raz pierwszy widziałam na oczy. polskie tłumaczenie: nieśplik. bardzo smaczne i, co najważniejsze, dostarczyło mi mnóstwo frajdy. lubię się dziwić.


Oddał się pod opiekę Matce Boskiej.


Bo ja myślę, że byłabym raczej dumna, siedąc komuś tak wielkiemu na głowie.


Problemy komunikacji interkulturowej.

W jednej kawiarni, gdzie bezskutecznie wi-fi, zobaczyłam kącik ze sklepem mięsnym. Rozbawiło mnie to - tu pijesz kawę, a tam Ci wisi podudzie.


A teraz, drodzy państwo...
wracam do swoich spraw.

A na zakończenie...
Mistrz ciętej riposty.

Malaga, czyli z czym mi się kojarzy Hiszpania

dzisiaj będzie lista rzeczy, z którymi Hiszpania kojarzy się mnie w jakiś sposób.
lista z okazji mojego bycia tu.

1. Kafejki

wszędzie, głośne, ale jednocześnie spokojne. ponieważ teraz sezon raczej nieturystyczny, w lokalach sami Hiszpanie. Na kawce, na ciasteczku, rogaliku, na chwilę.

2. Hiszpanie


Bardzo przyjaźni, tacy do rany przyłóż. Absolutnie nieznający angielskiego, ale po co, skoro ich mowa niewerbalna wystarcza, by chociażby rozmawiać o polityce.

3. Miejsca

Nie ma znaczenia, czy północ, czy południe. Hiszpania to Hiszpania. Kolorystyka, architektura, kształty. To czuć na każdym placu i w każdym zaułku. Hiszpania - to Hiszpania.



[zwróćcie uwagę na gołębia... ;) ]
a to, przy okazji, widok z naszego hostelu. ładnie, choć morza nie widać :)

4. Roślinki


Kwieciście, pewnie pachnąco - te kwiaty wszędzie: na krzakach, na ulicach, we włosach, w torbie i przy torbie.

5. Morze

no ale właśnie, niebanalne takie. to nie morze z okładek ani to może, co mamy u siebie. nie jest banalnie ani kiczowato, nie jest zbyt pięknie ani zaniedbanie. jest akurat tak, jak powinno być, normalnie.

Woda zimna, ale to nieważne. Szczypie w skórę sól, ale to nieważne. lubię fale, lubię zamknąć oczy i stać, czuję się, jakbym spadała. wspaniale relaksująco. bezpiecznie, mimo wszystko.

... i to wciąganie pyszności na plaży...

6. Katolicyzm

Mówi się, że Polska jest w 98% złożona z Katolików, co czyni ją niezwykłą w skali Europy. Będąc w Hiszpanii, gdzie ulice noszą różnorakie imienia Chrystusa, a z co drugiego okna patrzy na przechodniów łaskawa Maria, ciężko jest uwierzyć w te nasze polskie statystyki, mając taki punkt odniesienia.


7. Corrida

Nie byłam jeszcze nigdy, a chciałabym. Pewnie jestem przeciwko, ale - nie wiem, znam argumenty obu stron ("za" i "przeciw"), wszystkie dyktowane głównie emocjami. Emocje natomiast to coś, czego nie da się wyczytać w gazecie, to coś, co trzeba samemu doświadczyć. Chciałam wybrać się na corridę jutro, do pobliskiej Marbelli, ale nie ma już biletów. Cóż, żadnej mrożącej krew w żyłach relacji nie będzie.