niedziela, 24 kwietnia 2011

Wielkanoc

Moja rodzina nie jest bardzo religijna ani też niezbyt jesteśmy przywiązani do tradycji, czym się raczej chlubię. Myślę, że dzięki temu jestem, kim jestem, a od norm mi raczej nie przeszkadzają. Te święta zdecydowałam się spędzić, z kilku powodów, we Francji, u boku osoby bardzo życzliwej, Adamka.


We Francji świąt się jakoś tak specjalnie nie obchodzi. To znaczy: chcesz, to sobie obchodź, ale żeby były jakieś ogólnofrancuskie tradycje to raczej nie. Nie to, co u nas, gdzie każda gazeta, stacja i program odliczają do Wielkanocy, serwując kolejne przepisy, ciekawostki, pomysły na prezenty i dekoracje stołu.
Dziś rano, kiedy się obudziliśmy, Maxence nie było, poszedł na spacer, ale przedtem w kuchni zostawił dla nas niespodziankę - wiadomość o ukrytych jajkach :) Fajnie, rozglądaliśmy się trochę, po czym, prócz jajek, znaleźliśmy...


... ukryte czekoladowe zające! :)


Ponieważ pogoda była wyśmienita, postanowiliśmy z Adamkiem ruszyć się z mieszkania i zrobić sobie prawdziwie francuskie śniadanko na świeżym powietrzu. W piekarni kupiliśmy croissanty i słodką bułkę z czekoladą, po czym...


... przeszliśmy kilka kroków dalej i usiedliśmy w pobliskim parku. Rozmawialiśmy znów o wszystkim i o niczym, streszczając to, co było i to, co będzie.


Było beztrosko, jak w Wilnie. Może nawet bardziej. Myślę, że gdyby się zdarzyło, że mieszkalibyśmy w jednym miejscu, takie cotygodniowe śniadanka byłyby normalnostką.


Po powrocie zajęliśmy się Wielkanocą. Ugotowaliśmy 3 jajka na twardo...


... każde z nich wrzuciliśmy do innego barwnika...


... by po kilku minutach mieć już prawdziwie polskie pisanki (powiedzmy).


Maxence zajął się tym, żeby stół wyglądał porządnie. Był chleb, milion rzodkiewek, sery (SERY! Francuskie! Bomba!)...


Nadszedł moment myślenia o życzeniach...


... przygotowanie do bitwy, którą Maxence z kretesem przegrał...


A obrane i pokrojone jajka...

... wskoczyły do przywiezionego z Polski żurku.

Wesołych, ludzie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz