wtorek, 5 kwietnia 2011

Belgrad, dzień trzeci: tear tańca

No niestety, tego dnia nie mieliśmy szczęścia do pogody. Zajęcia odbywały się wewnątrz, co spowodowało, że wszyscy byli rozleźli jak kluchy (nie ja).


Oto Corinna, z którą mieszkam w pokoju. Corinna jest z Włoch, ma 23 lata i przez 15 lat była pływaczką, z czego 4 lata była w reprezentacji Włoch (pewnie grupa juniorów). Corinna jest naprawdę niezwykła, fantastycznie mi się z nią dogaduje, jakbym ją znała od nie wiadomo, jak długiego czasu. Przyjechała tutaj ze swoim przyjacielem...


... Graziano. Ciekawostką o Graziano jest to, że aktualnie nie ma żadnego domu. Od prawie roku jeździ po świecie, uczestnicząc w różnych projektach i zmieniając życie ludzi na lepsze. Pół roku spędził w Indiach. No, a poza tym jest to osoba, która bardzo rzadko się NIE UŚMIECHA :)


W pewnym momencie, z Wojtkiem i Łukaszem opuściliśmy zajęcia, by się udać na [CENZURA]. Podróż w jedną stronę zajęła nam ponad godzinę. Tutaj - pan kierowca, który mówił pięknym kanadyjskim angielskim. Okazało się, że mieszkał przez pewien czas tam ("Czemu pan wrócił?" "a, bo tam tak strasznie ziemno...").

Cóż, nie kupiliśmy biletów, bo w środkach komunikacji miejskiej w Belgradzie rzadko jest kontrola. No więc - była. Śmieszne, bo pani konduktor zaczęła gadać do chłopaków, ale oni na migi pokazali jej, że ja właśnie kupuję bilety. Nie kupowałam, ale chyba było ok, bo choć pani czekała na bilety, stojąc nad nami, do ostatniego przystanku, pan kierowca powiedział, żebyśmy kupili innym razem :)


Belgrad, centrum.


Na ulicach mnóstwo pojazdów-zabytków. Tutaj moją uwagę przykuł różowy garbus.



Nie znaliśmy drogi, więc zapytaliśmy tę panią. Ach, przypomniała mi się Litwa, bo - zamiast nam wytłumaczyć - pani nas zaprowadziła na miejsce - 15 minut drogi :) w nagrodę dostała naklejkę-pieska z Izraela.


Ponieważ mieliśmy jeszcze troszkę czasu, poszliśmy do piekarni, gdzie kupiliśmy miejscowe specjały. Cóż, muszę przyznać, że będąc tutaj NALEŻY spróbować burka i pity. Matko!


Z suchym prowiantem ruszyliśmy na spacer. Doszliśmy nad Dunaj, gdzie usiedliśmy na moment, pogadać, poczekać.


Przy okazji natknęliśmy się na cudo swoich czasów - jakiegoś Volkswagena ;)




A to już sam występ izraelskiej grupy tanecznej. Jezu, muszę przyznać, że było to naprawdę niezwykłe dla mnie doświadczenie i absolutnie nie żałuję ani czasu ani pieniędzy, które na to poszły. Kilku tancerzy swoimi ruchami bardzo pobudziło mnie do myślenia i nadal w mojej głowie siedzą.

W drodze powrotnej chłopcy cały czas mówili o tym, że muszą iść do sklepu. Kiedy zobaczyliśmy w oddali mały, świecący się budyneczek, postanowiliśmy nadłożyć trochę drogi i tam się własnie udać. Szliśmy i szliśmy, zastanawiając się, co kupimy, a kiedy doszliśmy...


... zobaczyliśmy wielki napis "NIE MA" :D tak, było zamknięte.

Kiedy wróciliśmy, spotkaliśmy w jadalni Toma, Belga. Tom pracuje w miejskim centrum młodzieżowym i pracuje z nastolatkami. Ponieważ jest to organizacja promująca poniekąd wolny wybór i demokrację, jej członkowie (głównie 16latkowie) mają pełny wpływ na to, co się tam dzieje. Przykładem na to może być logo, które przedstawia dwie owce czy motto (zestawione z obrazkiem) "połącz się z nami". Są to oficjalne symbole organizacji, które występują na wszystkich dokumentach, także tych, w których organizacja składa projekt unijny czy rozlicza się z powierzonych pieniędzy. Przy okazji, logo to istnieje już 2 lata (zaprojektowane przez byłego członka centrum) i pół roku temu przeszło pewną przemianę. Otóż wcześniej pod owcami była jeszcze trawa. Po pół roku rozdawania ulotek i różnych gadżetów, Tom zobaczył, że trawa jest skomponowana z... trawy (marihuany)! No, to już była przesada i logo przeszło operację.

Cała ta historyjka świadczy tylko o tym, jak bardzo otwarte i demokratyczne. Jestem niestety pewna, że w Polsce nie mogłaby się ona wydarzyć.

No, a bluza już jest moja :) Zobaczyłam Toma w takiej koszulce, powiedziałam, że fajnie byłoby mieć taką, a on wziął i mi przyniósł bluzę :) hurra!

A tu jeszcze bardzo fajny filmik o Belgii (niestety, anglojęzyczny):

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz