poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Belgrad, dzien drugi

Internet cały czas się polepsza, kto wie, co to będzie za kilka dni...!

Więc dzisiaj dzień był przeuroczy, pogoda nas rozpieszczała. Większość zajęć odbywała się na dworze - miły wiaterek i słonko... Ten gość w czarnym swetrze to Tareq (Palestyńczyk). Tareq jest doktorem politologii i działaczem na rzecz pokoju. Zabawny człowieczek z fajnym akcentem. Ten obok to Sander, Holender...

... przez niektórych "Księciem" :) no cóż, trzeba przyznać, że wygląda imponująco, a do tego jest bardzo fajnym gościem, bardzo (!) kulturalnym, o nienagannym angielskim. 27 lat, jest doktorem nauk politycznych (też) i wykłada w Amsterdamie. Zabawne jest to, że nie ukończył szkoły średniej - kiedy miał 16 lat rzucił edukację i pojechał na 6 lat włóczyć się po świecie. Potem wrócił i zdał egzaminy na studia.


Tu kolejne dwie osoby warte uwagi - Baby (Serbia) i Flur (Belgia). Baby ma wspaniałe poczucie humoru, prezentując się, powiedziała: "Jestem Baby, jestem większa niż kraj, z którego pochodzę, a pochodzę z Serbii" :) Jest doktorantką prawa. Fantastyczna umiejętność odnajdowania się w sytuacji.
Flur z kolei jest osobą tak życzliwą, że to aż nawet dziwi mnie. Pracuje z dzieciakami i strasznie to lubi. Śmieszna sprawa - za każdym razem, kiedy Tareq (ze swoim silnym akcentem) mówi: "You can sit on the floor" ("możecie usiąść na podłodze", jednak "podłoga"="floor" u niego brzmi jak "flur"), Flur mówi - "Nie, proszę, nie na mnie!".

Chłopak w niebieskiej koszulce to Łukasz, Polak. Muszę przyznać, że Łukasz i Wojtek, z którymi reprezentuję Polskę, to jedni z tych niewielu osób, które za granicą nie irytują :) wręcz przeciwnie - cieszę się, że są tutaj, czuję się nawet momentami wsparta! No, a Łukasz studiuje milion rzeczy, pisze książki-dokumenty o Żydach i Holokauście, spędził rok w Turcji i tańczy taniec współczesny. No, a poza tym jest przezabawny i przefantastyczny. Świetne poczucie humoru.



Wieczory to dla nas spotkania z kulturami krajów, których reprezentanci są tutaj. Dzisiaj była do Serbia. Nasi gospodarze pokazali nam, jak wygląda zwyczaj zwany Slava. Okazuje się, że w Serbii każda rodzina ma swojego patrona (jedni mają kogoś popularnego, inni mniej - tutaj, wśród 6 osób, 3 miały św. Mikołaja), a zostało to ustalone 300 lat temu. Patrona dziedziczy się po ojcu (i przejmuje po mężu), chyba że jest się młodszym synem, wówczas można wystąpić do Kościoła po nowego patrona. Slava to taka impreza rodzinna, gdzie się je, pije i spędza czas z przyjaciółmi. Jak powiedział Dani (jeden z Serbów) właściwie co tydzień jakaś znajoma rodzina ma swoją Slave, więc zawsze jest okazja do picia :)


Rodziny mają swoje rytuały, konkretne ruchy i słowa wypowiadane co roku przez kolejne pokolenia. Na pewno wspólnym elementem jest pieczenie specjalnego chleba, msza święta, łamanie chleba i...

... pierwszy toast wzniesiony przez dwóch najważniejszych mężczyzn domu. No, a potem drugi i trzeci i czwarty... Mimo że (a może dzięki temu, że) serbska śliwowica jest naprawdę mocna, Serbowie potrafią wchłonąć niezwykłe jej ilości.


Na koniec każdy z nas spróbował chleba i impreza przeniosła się na zewnątrz. Sama nie wiem, pewnie dlatego, że byłam już dość zmęczona, wszyscy pod wpływem procentów, a ja absolutnie trzeźwa, ale czułam się w tamtym momencie rozdzierająco samotna. Na szczęście po jakiejś chwili pojawili się Łukasz i Wojtek i było już fajnie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz