piątek, 29 kwietnia 2011

Le Gala

Poszłam z Adamkiem na bal jego uniwersytetu.
Co roku organizowana jest taka gala, gdzie studenci i wykładowcy razem bawią się w klubie otwartym tylko dla tych ze stosownymi wejściówkami. Myślę, że to świetny pomysł, okazja to poznania bliżej osób, które widuje się na korytarzu, scementowania trwających już przyjaźni i zweryfikowania romansów. Impreza absolutnie nieobrzydliwa, zabawa dobra, ludzie życzliwi.


Impreza bardzo mi się podobała. Przegadałam sporo czasu z Maxencem (współlokatorem Adama), potańczyłam, spełniłam przypadkiem jedno z moich mikro-marzeń, jadłam pyszną tartę pesto i widziałam szczęśliwego Adamka.

Wróciliśmy do domu o 5.
Wracaliśmy na rowerach.
Ładne miasto, jak niezaspamowane ludźmi.

czwartek, 28 kwietnia 2011

Riding through the city on my bike all day...

Lyon ma komunikację miejską rozwiniętą przewspaniale. Nie dość, że metro/tramwaje kursują co 3 sekundy, to jeszcze...


... rowery!
Na terenie miasta znajduje się 400 stacji, gdzie można sobie rower pożyczyć, więc wszędzie właściwie można dotrzeć na dwóch kółkach. Infrastruktura też jest przewspaniała, z tymi wszystkimi ścieżkami rowerowymi i pasami ruchu rowerowego na ulicach. Kierowcy - wyrozumiali i przyjaźni. Fajnie, bo pozbywam się w ten sposób (przynajmniej części) kalorii, które tu pochłaniam ;)


Również niewątpliwym plusem jest cena takiego środka transportu - za kartę tygodniową płaci się 3e, więc są to właściwie śmieszne pieniądze, szczególnie w porównaniu z innymi dużymi miastami, gdzie poruszałam się na rowerach.

Ulice Lyonu przemierzam na rowerze (zazwyczaj), a w głowie leci to:

wtorek, 26 kwietnia 2011

Kolejne paragrafy

Dziś Adaś poszedł na wykład rano, więc musiałam sobie zorganizować czas sama. Po małym spacerku dookoła, zajęłam się tym, czym powinnam, czyli...


... pracą licencjacką. Fajnie tak, siedzieć nad rzeką, czytać kolejne teksty na interesujący mnie temat i produkować kolejne paragrafy mojego licencjata, wciągając sałatę i jakiś mikrochlebek, a w uszach mieć to.


No ale sielanka nie trwała długo, ponieważ zorientowałam się, że komórka mi przestała działać, a lada moment miałam się spotkać z Adamkiem (który miał się do mnie odezwać smsem, niestety). Panicznie rozejrzałam się dookoła i tak poznałam Khalida, którego telefonu potem użyłam. Pogadaliśmy trochę, po francusku (!), pijąc jabłkową oranżadkę, której hektolitry pewnie przywiozę z powrotem do domu. Strasznie przyjemny i radosny człowiek, szczególnie...


... zważywszy na fakt, że jakiś czas temu pewien kretyn go potrącił, co doprowadziło do utraty prawej nogi. Cóż, nie ukrywam, że jego nastawienie do świata i ludzi, jego niezależność i niezwykła siła i hart ducha zamurowały mnie. Po raz kolejny dochodzę do wniosku że kalectwo to stan psychiki raczej niż ciała. Przez cały ten czas, kiedy z nim gadałam, szłam do sklepu, czy jechałam tramwajem nie odczułam ani przez chwilę, że czegoś mu brakuje. Samą mnie to zdziwiło.

... i jeszcze, zmieniając nieco temat:

mając do wyboru 17 białych koni, ileś karoc, autka i szaloną, dziką świnię - pewnie wybrałabym tą ostatnią właśnie, bo najlepiej obrazuje mój stosunek do rzeczywistości dookoła mnie.

Bobos

Wybraliśmy się z Adamkiem na przechadzkę do jednej z nowszych dzielnic Lyonu, która powinna stanowić (chyba) popis architektury nowoczesnej. Miejsce szczególnie popularne wśród "bobo" (zbitka słów "bourgeois-bohème"), zdających się kochać snobizm i wszystkie nowe trendy. Dość bezkrytycznie, wydaje mi się.


Osiedle jest jeszcze w fazie budowy, choć część mieszkań wydaje się być już zamieszkała. Posadzone drzewa niewiele są wyższe ode mnie, a posadzone "łąkowe" rośliny wyglądają strasznie nienaturalnie wśród tego całego modernistycznego syfu.



Kształty, geometria, kolory, materiały. Wszystko ma łamać zasady, przełamywać bariery, rozszerzać jakieś horyzonty myślowe. Wszystko ma być z zasady bez zasad, nowe, inne, zaskakujące.


... zastanawiam się tylko, gdzie kończy się nowoczesność, a zaczyna kicz. zastanawiam się też, jaki jest sens w stawianiu tak wielu tak brzydkich i niepasujących do niczego budynków, za które kolejne pokolenia będą na swych przodków pomstować. Zastanawiam się też, czy dumą czy raczej obciachem byłoby, gdybym (nie z mojego wyboru, a - powiedzmy - rodziców) miała w takim szkaradztwie zamieszkać ...



Te dwa to w sumie jedyne budynki w tej okolicy, które przypadły mi do gustu. Oprócz tego, że nie są tak rażąco brzydkie, jedna z różnic między nimi a resztą polega na tym, że są to stare budynki zaadaptowane do nowych czasów. Pierwszy to dom mieszkalny, w drugim będzie galeria sztuki. I właśnie - nie razi, nie boli, nie kłuje. Jednak można być i nowoczesnym i ładnym.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Elegancja-Francja


Szczerze mówiąc, myślałam, że spędzając tydzień we Francji, odnajdę w sobie na nowo miłość do tego języka. Po ostatnich kilku(dziesięciu) godzinach mam go coraz bardziej dość, brzmi strasznie, sepleniąco, gdzie się podziała a cała jego poezja? Za dużo śliny pomiędzy głoskami, zbyt nieczęsto otwiera się usta, za dużo szeptów, wszystko się zlewa w jeden potok, zalewa wszystkich dookoła.

męczy i dręczy, te wszystkie głoski, które brzmią tak samo...

i Francuzi, którzy na hasło "mówmy po angielsku" odpowiadają "oui oui, d'accord" i dalej nawijają w ich sepleniącym języku, choć angielski znają i mówić potrafią.

[napis na zdjęciu: koniec świata]

stare miasto

Spacer po starym mieście Lyonu możnaby podsumować następującymi spostrzeżeniami:











ładnie i schludnie.
beż i piasek.
to, co było z tym, co jest.
nie powoduje wstrzymanie oddechu, ale również i go nie spowalnia.

[btw. Saint-Exupery był z Lyonu]

niedziela, 24 kwietnia 2011

Wielkanoc

Moja rodzina nie jest bardzo religijna ani też niezbyt jesteśmy przywiązani do tradycji, czym się raczej chlubię. Myślę, że dzięki temu jestem, kim jestem, a od norm mi raczej nie przeszkadzają. Te święta zdecydowałam się spędzić, z kilku powodów, we Francji, u boku osoby bardzo życzliwej, Adamka.


We Francji świąt się jakoś tak specjalnie nie obchodzi. To znaczy: chcesz, to sobie obchodź, ale żeby były jakieś ogólnofrancuskie tradycje to raczej nie. Nie to, co u nas, gdzie każda gazeta, stacja i program odliczają do Wielkanocy, serwując kolejne przepisy, ciekawostki, pomysły na prezenty i dekoracje stołu.
Dziś rano, kiedy się obudziliśmy, Maxence nie było, poszedł na spacer, ale przedtem w kuchni zostawił dla nas niespodziankę - wiadomość o ukrytych jajkach :) Fajnie, rozglądaliśmy się trochę, po czym, prócz jajek, znaleźliśmy...


... ukryte czekoladowe zające! :)


Ponieważ pogoda była wyśmienita, postanowiliśmy z Adamkiem ruszyć się z mieszkania i zrobić sobie prawdziwie francuskie śniadanko na świeżym powietrzu. W piekarni kupiliśmy croissanty i słodką bułkę z czekoladą, po czym...


... przeszliśmy kilka kroków dalej i usiedliśmy w pobliskim parku. Rozmawialiśmy znów o wszystkim i o niczym, streszczając to, co było i to, co będzie.


Było beztrosko, jak w Wilnie. Może nawet bardziej. Myślę, że gdyby się zdarzyło, że mieszkalibyśmy w jednym miejscu, takie cotygodniowe śniadanka byłyby normalnostką.


Po powrocie zajęliśmy się Wielkanocą. Ugotowaliśmy 3 jajka na twardo...


... każde z nich wrzuciliśmy do innego barwnika...


... by po kilku minutach mieć już prawdziwie polskie pisanki (powiedzmy).


Maxence zajął się tym, żeby stół wyglądał porządnie. Był chleb, milion rzodkiewek, sery (SERY! Francuskie! Bomba!)...


Nadszedł moment myślenia o życzeniach...


... przygotowanie do bitwy, którą Maxence z kretesem przegrał...


A obrane i pokrojone jajka...

... wskoczyły do przywiezionego z Polski żurku.

Wesołych, ludzie!

do Adamka


... nie chcąc znów zapomnieć o pociągu czy zgubić biletu, ruszyłam się z miejsca poprzedniej notki i poszukałam właściwego TGV.

TGV to takie super-szybkie pociągi (320km/h) i każdy mnie zachęcał, żebym wypróbowała tego środka transportu. Czułam się nieco jak biedna wiejska dziewczynka, który po raz pierwszy styka się ze światem technologii, ale na szczęście nie trwało to porażająco długo.


Sama przyjemnostka była dość droga - po pierwsze dlatego, że jest ona droga sama w sobie (najtańsze bilety 25e), a po drugie - kupowałam bilet kilka dni temu, więc kwota trzykrotnie podskoczyła. Ponieważ różnica w cenie pomiędzy drugą i pierwszą klasą wynosiła tylko 5e, pozwoliłam sobie na chwilę komfortu, w który wliczona była własna lampka i kontakt do podładowania laptopa.

Widoki były takie se, nie porażało.

Wieczór spędzony z Adamkiem i Maxencem, jego współlokatorem. Strasznie fajnie, gadanie o wszystkim i niczym, było słodko.

sobota, 23 kwietnia 2011

Paris

Tak więc, w czwartek miałam jechać do Lyonu. W przeddzień, to jest w śro, siedziałam z Olą w kawiarni, kiedy nagle zadzwonił do mnie jakiś pan, mówiąc, że wyjazd był godzinę temu i jestem spóźniona. Cóż, z tego wszystkiego zapomniałam sprawdzić datę i w ten oto sposób w piątek...


... siedziałam o 18:45 na dworcu PKS cała zwarta i gotowa, czekając na autobus do Paryża.
Tuż przed odjazdem okazało się, że - znów z roztargnienia - zapomniałam o dowodzie i paszporcie, co groziłoby deportacją w razie problemów, ale na szczęście moi wspierający rodzice stanęli na wysokości zadania [wazelina].


Po 18 godzinach w autobusie, już w Paryżu, czekałam na darmową toaletę publiczną. Fajnie fajnie, tylko jeszcze nigdy fakt, że coś się samo czyści (reprezentowany przez niebieską lampkę) mnie tak nie irytował. Przy okazji - jestem ciekawa, w jakim języku napisana jest wiadomość Breillem...?


A oto mapka z trasą mojego marszu (poniekąd). Wyruszyłam tam, gdzie znajduje się duże kółko, dotrzeć miałam do Gare de Lyon (czyli na skos zdjęcia). Wg mapy google - 4,9 km...


... które pokonałam na pieszo, ciągnąc za sobą gustowną walizeczkę na kółkach.


Chciałabym mieć kiedyś tyle pieniędzy, by sobie móc malować swój jacht. Lub żeby móc zatrudnić kogoś do tego. Lub żeby mój mąż miał tyle pieniędzy, żeby mógł kogoś zatrudnić do malowania mojego jachtu. Lub żeby chociaż mógł zatrudnić mnie...


Kłódki na moście przypomniały mi o Wilnie. Mam wrażenie, że w ciągu tych 10 dni często różne rzeczy będą mi o Wilnie przypominały... ;)


A teraz będzie ciekawa historia. Ten oto pan, malarz, 2 lata temu uratował (wg swojej opowieści) tego oto gołębia z potrzasku. Codziennie, o tej samej godzinie, gołąb przylatuje w to miejsce, a pan malarz go karmi. Tak sobie siedzą, gadają, spędzając razem czas.
Nie wiem, czy w to wierzyć, bo historia przypomina mi tę ze "Spóźnionych kochanków" (też Paryż, też gołębie, też malarz), choć z drugiej strony ten gołąb naprawdę cały czas tam siedział, ustępując czasem miejsca ludziom...


Ładnie...

... tak ładnie...
... że postanowiłam usiąść sobie nad rzeką i wciągnąć marchewkę. Niestety, Paryż śmierdzi i rzeka też i wytrzymać się nie dało zbyt długo.


... ile ja bym dała, żeby w Warszawie była sobie karuzela!


Trafiłam na demonstrację przeciwko wiwisekcji. Dużo ludzi, duża krzyków...


... dużo ciekawostek...
... i osobliwości :)


Skauci, nie mówiący po angielsku ani w żadnym języku oprócz francuskiego :)


... Coś na kształt betonowej plaży


Zbliżając się do celu mojej pielgrzymki, minęłam szkołę jazdy na rolkach, gdzie dzieciaki dawały z siebie wszystko :)

... a nieco dalej także i dorośli wypacali się na kółkach :)
fajnie, że jest takie miejsce, gdzie można nauczyć się profesjonalnie jeździć na rolkach, choć z drugiej strony - zawsze myślałam, że to przychodzi samo...

... aż w końcu udało mi się dotrzeć do celu mojej wyprawy - Gare de Lyon. Jezu, jaka ja szczęśliwa byłam! Teraz tylko nie zapomnieć o pociągu, nie zgubić dowodu lub biletu, nie zostawić gdzieś walizki i - wszystko będzie dobrze:)