środa, 23 marca 2011

a quick info

9 dni i będę tu z powrotem.
naprawdę.

poniedziałek, 7 marca 2011

Łódź

Tak ... więc w sobotę rano, o godzinie 6:35 obudziło mnie prześliczne słonko i fajny widok za oknem. Robbie mieszka w samym centrum Łodzi, na najwyższym piętrze starej kamienicy. Mieszkanie jest urządzone znakomicie, dzięki zmysłowi artystycznemu Ani, która z Robbiem dzieli przestrzeń tych kilka pokoi.

Jako couchsurferki, miałyśmy z Marią własny pokój, a nawet własne materace. Zwróćcie uwagę na stary fotel - mniam!
Całe mieszkanie wyglądało zjawiskowo, a dzięki starym meblom wszystko wydawało się niezwykle przytulne i ciepłe. Fajnie, czułam się "jak w domu".

No, ale do rzeczy. Z drżącymi rękami i kołatającym sercem odliczałam przystanki tramwajowe, dzielące mnie od...
Konferencji EAST 2011, gdzie miałam wygłosić 20-minutowy referat o komunikacji międzykulturowej z odniesieniem do Erasmus English. Cóż, muszę przyznać, że jestem całą konferencją trochę rozczarowana, spodziewałam się naprawdę silnego bodźca intelektualnego, który niestety mnie nie napadł w trakcie tych kilku dobrych godzin. Szkoda.


Na całe (moje) szczęście, po konferencji czekało nas przyjęcie urodzinowe koleżanki Robbiego. Kiedy wróciłyśmy do mieszkania, poznałyśmy część znajomych Robbiego, zjadłyśmy trochę pysznostek i wszyscy udaliśmy się na imprezę. To zawsze ekscytujące - świętować urodziny osoby, o której się trochę już co prawda słyszało, ale jeszcze nigdy nie spotkało się jej na żywo (brzmi to trochę jak dywagacje o naturze religijnej, hmmm...).

Po typowej domówce, przenieśliśmy się do klubu. Jak pewnie się już zorientowaliście, nie jestem osobą, którą dałoby się określić "wild party animal", jednak muszę przyznać, że czas spędzony w Kaliskiej naprawdę przypadł mi do gustu. Przypadł na tyle, że pierwszy raz w życiu zaczęłam bansować na parkiecie :) nie wiem, jak to wyglądało, byłam w pełni w swoim świecie, i... ach :)
[na zdjęciu Magda, solenizantka, i bansująca Maria]

Z ciekawostek wieczora na pewno zapamiętam na dłuższy czas Marię udającą Szwedkę w rozmowie z jakimś pijanym fagasem. Jej akcent, radzenie sobie w sytuacjach ekstremalnych i wyluzowanie pozwoliło nam obu na pewne refleksje dnia następnego.

fajno, fajno.

piątek, 4 marca 2011

Robbie Dude

Dzisiejszy dzień na pewno nie był szczególny. Przede wszystkim, zaczęło się od brudnego pociągu...



Rzadko kiedy marudzę na temat środków transportu, ogólnie będąc raczej szczęśliwą, że są, że nie muszę przeciążać stóp (jakby to ujął pan jogin z porannych zajęć), jedmak to - to była już przesada. Pociąg tak brudny, że zakamuflowany, ciężko było odróżnić okno zasłonięte od odsłoniętego.


Niestety, od wewnętrznej strony rewelacji też nie było. Cóż, przynajmniej wiosenne słonko nie dawało nam po oczach, umożliwiając...


... naukę. Maria trzaskała zadanka z gramy opisowej, a ja dopracowywałam jutrzejszy dzień. Okazuje się, że ze słuchawkami na uszach, w których pobrzmiewa Moby, nawet i śmierdzący Pekap jest ok.


... a kiedy już dojechałyśmy do Łodzi, czekał na przystanku na nas Robbie Dude. Niezwykły gość, który uczy tu angielskiego gimnazjalistów w szkole młodych recydywistów. 23 lata, właśnie skończył licencjat w muzyce alternatywnej, a w następnym planuje rozpocząć gdzieś studia o kierunku "kompozycja". Robbie to naprawdę fajny gość, bardzo spokojny i ułożony, ale też zabawny i skromny. Jego muzyki możecie posłuchać tutaj (szczególnie polecam "Cat's tail" i "Low", jednak inne, dość *dziwaczne* są również... *interesujące*).

A Robbie przygotował nam pyszne danie, które wycisnęło nam obu łzy. Kuchnia wegańska nie musi być nudna, na szczęście!

trzymajcie kciuki jutro o 14.
błagam.