niedziela, 27 lutego 2011

czwartek, 24 lutego 2011

See you, Sena!

Ponieważ jakaś część mnie nadal jest w Tel Avivie, tej wegetującej w Zielonej Górze jest szczególnie ciężko przetrwać obecną pogodę. Moja filozofia mówi, że jak marznie nos, marzną i emocje. No ale...

... radosny pan akordeonista wyczarował uśmiech na mojej twarzy, dzięki czemu skorupka lodu na niej rozpękła się na kawałeczki.

Ale do rzeczy. Sena właśnie wróciła z Rzymu, a jutro leci do Turcji. Nie turystycznie, niestety.
Jako że wszystkie ważne wydarzenia wiążą się u mnie z żarciem, postanowiłam przygotować Senie śniadanie.
W skrócie: Włochy świetne, Polska świetna, Izrael wspaniały (to moja część historii, nie Seny), a kanapki z roztopioną mozarellą, pieczarkami, oliwkami i smażonymi pomidorami dodawały tylko smaku i pikanterii wszystkim zawijaskom w wyżej wymienionych wątkach.

Cóż, to nie jest "żegnaj", ale "do widzenia". Okazuje się, że zdecydowana większość najdroższych mi osób nie zawiera się w grupie tych, których widzę codziennie. Co więcej, nawet jeśli mieszkają w tym samym mieście i wspólny mamy uniwersytet, częściej komunikuję się z nimi poza tymi kontekstami.

[a special translation for Sena: "see you" instead of "good bye" :D]

wtorek, 22 lutego 2011

Inspiracje

No więc Eckhart Tolle mówi, że jesteśmy skupieni na tym, co było/będzie dlatego, że ciężko nam z samymi sobą porozmawiać. To, co było - już było, a więc możemy na to spojrzeć i ocenić. To, co będzie - to jakaś projekcja naszego umysłu, a więc też mamy na nią jakiś wpływ. Problemem jest natomiast to, co jest TERAZ. Żeby dowiedzieć się, co jest TERAZ (bez odniesień do wczoraj, jutro), należy poczuć siebie i swoje wnętrze, dowiedzieć się, co się akurat odczuwa i czego potrzebuje. Cięższe niżby się mogło wydawać.

... zapytałam siebie i postanowiłam doświadczyć czegoś pysznego. W głowie jakieś smaki były, więc... Makaron z gorgonzolą i szpinakiem. Proste i szybkie w wykonaniu: szpinak rozmrażamy, dodajemy krewetki, a kiedy się rozmrożą, wrzucamy śmietanę+ser topiony+gorgonzolę. Potem, na talerz już wrzucamy zimne pomidory i oliwki. Pycha.

yom nifla!
[dobrego dnia!]

niedziela, 20 lutego 2011

Andrzej(ek) wrócił


"Innym gatunkiem sera jest czupri. To białe kosteczki nawleczone na sznurek, a całość wygląda niczym różaniec. Jest to bardzo twardy ser (suszony na słońcu), wytwarzany w regionach, gdzie żyje mnóstwo jaków. Zajada się go między posiłkami, ale uwaga: może okazać się bardzo niebezpieczny dla niehimalajskich zębów! Kosteczki są bardzo twarde i w żadnym wypadku nie należy ich gryźć, lecz raczej ssać, i to przez parę godzin, choć nie mają wiele smaku"
("Butan. Podniebne królewstwo" F. Pommaret)

...i właśnie dla takich wrażeń warto pracować w branży turystycznej... :)

czwartek, 17 lutego 2011

piątek, 11 lutego 2011

Tel Aviv, wieczór ostatni

Cóż, muszę przyznać, że spotkanie, na które czekałam od kiedy tylko usłyszałam to (szczególnie polecam "Stay out..." i "Seret Zar"), szczęśliwie nie okazało się rozczarowaniem.

Pan Ido Sternberg (27 lat) to jedno z moich najprzyjemniejszych wspomnień z Tel Avivu. Muzyk, jogin, cały w zen, tancerz kontakt-improwizacji, nieznośnie powolny, a mimo to ta krótka chwila z nim tuż przed odjazdem dała mi dużo do myślenia. Znów się nasuwa opowieść o żółwiach, znów wszystko jakieś dziwne, z dwoma warstwami.
[tu jest Ido też]

Tym oto postem kończę relację z Izraela i pogrążam się w zimowej Polsce.
Odliczanie do kolejnej wyprawy czas zacząć ;)

---------------------------------------------------------
little update: tu można kupić/ściągnąć album Catastropie; polecam!

czwartek, 10 lutego 2011

Martwe Morze Martwe...

... a przynajmniej dla mnie.
Widzicie, od kiedy tylko przeczytałam program mojego pobytu w Izraelu, bardzo byłam podekscytowana trzema rzeczami: Izraelem w ogóle, żarciem i wycieczką nad Morze Martwe. Izrael doświadczam już od 3 dni, żarcia typowo izraelskiego niestety niezbyt, a wycieczka miała być dzisiaj. "Miała", bo zamiast być na niej, siedzę w knajpie i piszę bloga. Sprawa głupia, trywialna, po prostu nie doszło do mnie, że wyjazd jest pół godziny wcześniej, więc kiedy przyszłam na miejsce spotkania, niestety nikogo nie było. Tak strasznie się zdenerwowałam, rozczarowałam i w ogóle osłabiłam, że polazłam napisać notkę ze wczoraj do Olive, knajpki, w której korzystam z internetu, swoją drogą bardzo polecam :)

Knajpka jest mała i bardzo rodzinna. Już po pierwszym dniu znałam chyba wszystkich jej bywalców i obsługę i dużo chwil spędziłam na gadaniu z nimi. Musicie wiedzieć, że Izraelczycy, których spotykam ja są naprawdę przemili i grzeczni, zwykle bardzo inteligentni (wnioskuję po niezwykłych puentach), co czyni ich doskonałymi kompanami. Na zdjęciu jest Dotan, z którym chyba rozumiem się najlepiej i który, wraz ze swoim szefem po części, jest sponsorem mojego przedobrego humoru dzisiaj.

Otóż kiedy tam dziś wpadłam, cała rozzłoszczona, Dotan i jego szef zapytali, jak tam z żarciem, czy lubię izraelską kuchnię. Powiedziałam, że tak, ale nie za bardzo jeszcze próbowałam. Kiedy okazało się, że jestem tutaj czwarty dzień, a w sumie spróbowałam niewiele, szef dał mi do spróbowania zupę Adashyn. Zupę robi się tak samo jak humus, tyle że nieco więcej wody. Humus z kolei robi się tak jak falafele, tyle że bez smażenia :) no, przynajmniej z tego, co szef kuchni mi objaśnił. Zupa pycha.

No, ale kiedy tam siedziałam, stukałam w klawiaturę, moi znajomi nie mogli przeżyć jakoś tego, że nie spróbowałam jeszcze izraelskiego humusu (bo humus, moi drodzy, nie jest wcale z żadnych Libanów, tylko Izraela), zaczęli dyskutować zawzięcie i po chwili Moti, kolega pana szefa, powiedział, że skoro jestem czwarty dzień, powinnam spróbować przynajmniej 4 potraw. No, to pojechaliśmy.


Po drodze mijaliśmy Żyda, pracującego w jakimś magazynie. No nie wiem, czy tylko na mnie tak ubrany pan magazynier robi wrażenie?

Moti jest biznesmenem, handluje nieruchomościami i pracuje w ubezpieczeniach. Ma trzy telefony i co chwilę z kimś gada. Kiedy go zapytałam, czy nie jest mordercą, powiedział, że nie ma na to czasu, bo nie da się nikogo zamordować, mając obie ręce zajęte telefonami. No, w każdym razie, w pewnym momencie powierzył mi auto, idąc zapłacić za wycieczkę do Chin (już za 6 dni leci). Włączył muzykę, o, tą:



Pierwszy przystanek - pita z falafelem, sałatką i humusem.
No, kochani, to, co dotąd nazywałam humusem, humusem nie było. I okazuje się, że falafele wcale nie są w zamierzeniu twarde.


Na drugim przystanku już trochę pogadaliśmy, bo Moti zostawił telefony w aucie. Jest dość ciekawym gościem, 35 lat, gra w siatkówkę w jakiejś drużynie reprezentującej Tel Aviv, kocha trance i indie, mówi trochę po angielsku, a pochodzenia jest libijskiego. Z ciekawostek, Moti powiedział, że miasto się nie nazywa Tel Aviv, tylko Tel Aviv Yafo, a więc jest to połączenie Jaffy i Tel Avivu (nawiązując do absurdu sprzed kilku postów).


... a tego wszystkiego dowiedziałam się przy shawarmie (czyli to większe) kubie (czyli ta mała kulka z mięchem, leżąca na shawarmie). Shawarma to taki trochę kebab, tyle że z kurczaka i inaczej przyprawiony. Fajnie, ale nie powala. Kuba też nie powaliła. Przy okazji, Dotan teraz napomknął, że kuba wcale nie jest izraelska, a irańska.
[informacja dla tych, którym powyższy akapit jakoś nie współgra z moim wegetarianizmem; więc, wytłumaczenie: nie jestem wegetarianką, po prostu nie jadam mięcha zwykle, jednak ciekawość czasem bierze górę; mięsa nie jem, bo nie lubię, nie ma w tym żadnych ideologii]


Na koniec wypiliśmy bardzo popularny napój, którego smak jest niepodobny do niczego.

... na wszelki wypadek umieszczam skład, gdyby ktoś był zainteresowany... :)

na dzisiaj to chyba tyle, bo już nie będę siedzieć i pisać. Przede mną jeszcze co najmniej 2 ciekawe spotkania, potem pakowanie i siuch, na lotnisko.

toda raba [dziękuję bardzo]
shalom!

Jeruzalem


Ten dzień zaczęliśmy nieco pochmurnie, od wizyty w muzeum Yad Vashim. Jest to muzeum poświęcone holokaustowi, bardzo rozsądnie zaprojektowane. Oprócz tego, jak ogromne wrażenie na mnie zrobiło, warto wspomnieć, że muzeum zbiera dane osób, które kiedyś przebywały w obozach lub które zginęły z rąk nazistów, stawiając sobie za cel przywrócenie czci tym statystycznym 6 milionom Żydów. Na zdjęciu brama, bo na terenie muzeum zdjęć robić nie wolno. Co ciekawe - wstęp darmowy, jak wszędzie w Jerozolimie (mówię o tych kluczowych miejscach, związanych z Biblią)


Po lewej nasza pani przewodnik, o ogromnej wiedzy, tempie opowiadania 10000 słów/sekundę, idealnym angielskim i niezwykłej emocjonalności. Obok, panie z USA. Ta najbardziej na prawo, Laura, naprawdę podbiła moje serce. Ma 48 lat, jest właścicielką biura podróży w San Francisco, skończyła psychologię, kocha reggae i jest speakerką w nielegalnym radio reggae :) Kiedyś, chcąc sobie poukładać głowę, po prostu pojechała do Europy, wstąpiła do organizacji skupiającej fanów reggae i przez 3 miesiące nocowała w różnych miejscach, u różnych ludzi. No, bo nasza rozmowa zaczęła się od tej o CouchSurfingu :)


To, co wiele nowo-poznawanych osób mi tu powtarza to to, jak wygląda przeciętny schemat "kariery" nastolatków. Myślę, że potrzeba wytłumaczenia jest po prostu odpowiedzią lub prewencją przed pytającym wzrokiem zagranicznych rozmówców, kiedy temat schodzi na wiek i studia. Otóż, zaraz po szkole średniej, wszyscy - bez względu na płeć, religię itd. - idą do wojska. Dziewczyny na 2 lata, faceci na 3. Po wojsku jedzie się zwykle na rok *gdzieś*, odreagować. Najczęstsze destynacje to po prostu inna część Izraela (kwestie finansowe), ale też Australia, Nowa Zelandia czy Południowa Ameryka. Czasem ten rok skraca się do kilku miesięcy, a czasem trwa i kilka lat. Izraelczycy nie za bardzo się tym przejmują, czas to w państwie o tradycjach sprzed tysiąca/trzech lat pojęcie o znaczeniu całkiem innym niż u nas. No bo w sumie - 365 dni w tą czy w tą, co za różnica?

Jerozolima, widok z Góry Oliwnej.


a
... bo chodzi o to, że tylu ludzi mówi, że w Jerozolimie każdy kamień to osobna historia. Nie lubię takiego cliche, bawi i żenuje mnie, jednak będąc tam, sama to odczułam. Po prostu nagle czułam się tak fantastycznie metafizycznie...
[przy okazji: z 15 osób, które tu poznałam, 7 zajmuje się sprawami metafizycznymi, najczęściej w zestawie joga-leczenie-(jakaś)terapia; jest też dużo tancerzy, artystów, życie duchowe kwitnie!]

Jednym z punktó bardzo napiętego programu wycieczki był pałac Dawida. Tu, akurat, Dawid we własnej osobie, jednak bez nosa.


... trochę zielonego miksu ziół...


... i bajgel...
[podobno bajgle nie smakują nigdzie tak, jak w Jerozolimie]


...i tak oto, spożywając tą małą przekąskę razem, wedle tradycji, staliśmy się "towarzyszami do końca życia".



Po prostu obrazki z Jerozolimy.


Nie wiem, ale relacja pomiędzy nimi, którą dało się wyczuć, tylko na nich patrząc, bardzo mnie urzekła. Myślę, że są to osoby znające się już niejeden dzień, które nie muszą mówić, żeby rozmawiać. Obserwując takie sceny, zawsze czuję się nieco pokrzepiona.


Pora obiadowa...


... i tak oto dostałam bajgla z oliwkowym serem koszernym i różnymi warzywkami.


Coca-Cola po hebrajsku.
[przy okazji: "na zdrowie" to "lehaim!", czyli "za życie!"]


Żyd po prawej stronie nie robi na mnie jakiegoś specjalnego wrażenia, ale ponieważ wszyscy mu robili zdjęcia ("wow! a ginger-haired Jew!"), też se pstryknęłam jedno.


Nie jestem osobą szczególnie przywiązaną do żadnej z religii, dlatego z dużym zdziwieniem doświadczyłam widoku ludzi płaczących przy ścianie płaczu. Szczerze mówiąc, czułam swego rodzaju zazdrość, jakby mi czegoś brakowało. No, tak czy inaczej - legenda (i wszyscy turyści) mówi, że, jeśli zapisze się swoje marzenia na kartce i wetknie w ścianę, na pewno się spełnią. Cóż, to teraz już tylko czekam :)


Męska strona, oddzielona drewnianym płotkiem, była znacznie bardziej "radykalna" i głośniejsza. Bycie za ogrodzeniem było jedną z tych sytuacji, kiedy żałuję, że nie jestem innej płci - w jednym miejscu Żydzi modlący się, w innym tańczący, w innym śpiewający...


To, co w innych dużych miastach mi dość przeszkadza to to, że tradycja często gryzie się z nowoczesnością. Tu, w Izraelu sprawy mają się kompletnie inaczej. Zarówno ludzie, jak i architektura to przewspaniały mix wszystkiego, co tylko możemy sobie wymyślić.

Rynek, którego znaczna część położona jest dokładnie na kolejnych stacjach drogi krzyżowej. Naprawdę mnie zdziwiło, kiedy historyczne miejsce którejś z biblijnyh sytuacji mieściło się pomiędzy boksem z ciuchami, a rybami.


Stare miasto Jeruzalem jest podzielone na pięć dzielniczek, m.in. żydowską, armeńską, muzłumańską. Jest to miejsce naprawdę multikulturowe, gdzie dialog międzyreligijny przebiega bez żadnych problemów.


Urzekła mnie koszulka z żółtą buźką.


Ponieważ mamy w grupie takich dwóch Francuzów, którzy kupują wszystko, do czego się ich zachęca, miałam okazję spróbować "truskawek z ogródka" jakiegoś starszego pana. Fajnie, zima, a ja wciągam świeże, niemodyfikowane truskawy :)


... słabostka.


Fryzjer w jednym z "boxów". Kiedy spojrzałam przez okno, wyglądało to tak, jakby pan fryzjer (w kącie) dokonywał właśnie jakichś sadystycznych czynów na tym w zielonej koszuli.


Polska wycieczka w kościele na Golgocie. W odróżnieniu od innych, Polacy po prostu stoją pod ścianami i się modlą - było tam kilka wycieczek z naszego kraju, które własnie po tym można rozpoznać. Nie jestem osobą religijną, więc może to, co zauważyłam to tylko zbieg okoliczności :)

Ponieważ zostało nam w kieszeniach trochę monet (a nawet nie wiedzieliśmy, ile dokładnie mamy), z polskim kolegą, Tomkiem, postanowiliśmy zrobić zrzutę (haha) na jakąś pysznostkę, której zapach nas wołał z daleka.
[btw. tu spotkałam przemiłą dziewczynę, którą poznałam w samolocie; ciekawy zbieg okoliczności, a do tego wyobraźcie sobie miny wszystkich moich znajomych tam, kiedy ta blondynka zawołała moje imię - yglądało, jakbym była szalenie popularna!]


... a efekt wyglądał tak :) smak ciekawy, konsystencja glutowata, tak 8,5/10. Ale swoje zadanie wykonał perfekcyjnie, zimno być przestało.


Jedną z izraelskich ciekawostek obiadu (który był bardzo wyśmienity, jednak dość nieizraelski) była sałatka oparta na miksie sałat, granacie i balsamico. Do zapamiętania: warto spróbować.


Dzień zakończyłam pysznym ciastem, którego nazwy nie pamiętam (orzechy, miód, czekolada, twardy biszkopt) i bezą wypełnioną ciepłym (!) budyniem waniliowym... Smacznego.

wtorek, 8 lutego 2011

Kolacja

... która była nieco bardziej wysublimowana, niż myślałam...


dobranoc.
jutro [CENZURA]