piątek, 24 grudnia 2010

Wigilia

... no ale w końcu nadszedł dzień wolny, dzień spokojny, który rozpoczęłam...


... od spotkania z Arturem. Jestem pewna, że miał dzisiaj wiele, i o wiele też ciekawszych, rzeczy do robienia, jednak zebrał się i przybył do mnie z sernikiem, próbując ratować moją zwichrzoną głowę. To jest właśnie to, ach!


Poszliśmy zbadać, jak ma się Zielona Góra w ten jakże radosny dzień. Szczerze - Zielona Góra nie miała się wcale.

Jedni mieli szczęście...


... inni mniej.


Jedni włóczyli się nieśpiesznie, bez nadziei i ciepła w oczach, kiedy inni stali i wyczekiwali kogoś, kto w ich życiu powinien był się pojawić dobrych kilkanaście lat temu. W Wigilię nikt nie powinien być sam, więc może ten brakujący element rzeczywistości w końcu się dziś pojawił...?


Po starówce postanowiliśmy udać się w moje ulubione miejsce w Zielonej Górze, jednak droga nie była łatwa, wiodła przez najmniej bezpieczny park w mieście. Myślę, że w zimie nie jest on tak niebezpieczny - nikt nie byłby na tyle szalony, by sterczeć tam w takie mrozy!


Podczas wspinania się na szczyt mogłam przetestować moje nowe buty, które, ku mojemu zdziwieniu i uldze ogromnej, nie rozkleiły się i wytrwały cały dwugodzinny (w sumie) marsz.


Dotarliśmy na samą górę zielonej góry, jednak z powodu mgły nie było widać miasta, a tylko jeden ogromny obłoczek.


Po części miejskiej naszego spaceru przenieśliśmy się w dzicz, czyli las. Śnieg po kolana, lód pod plecami niejednokrotnie, a policzki szczypały. Było świetnie, pogadać o niczym i o wszystkim to wspaniała odskocznia od małych katastrof dnia codziennego.


Mimo że mgła i zima i szaroburość dookoła, tych kilka chwil gdzieś-tam bardzo ulżyło memu sercu. Fajnie, święta!

1 komentarz:

  1. Takie butki, chyba ma Kaju też :]
    Ładniutkie, mgliste widoczki :)
    Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń