piątek, 24 grudnia 2010

dzień wolny

Wielkie odliczanie trwało już od półtora miesiąca. Wszystkie trudy i znoje życia codziennego podsumowywałam liczbą dni, które mnie dzieliły od akademickiej przerwy świątecznej. Wiedziałam, że wtedy odpocznę, wyśpię się i załatwię wszystkie zaległe sprawy.

... zrządzeniem losu tak się jednak nie stało, bo Olga, koleżanka z pracy i wierna obserwatorka moich słabości, zachorowała strasznie, mając oskrzela zapalone. I wyobraźcie to sobie, zamiast wolnego, albo kilku godzin w pracy, prawie tam zamieszkałam (nabierając szacunku dla wyżej wymienionej za spędzanie w biurze pełnego etatu).


Żeby nie spóźnić się do pracy z powodu opóźnionego autobusu, wybrałam ten wcześniejszy. Jestem pewna, że każdy z Was potrafi mniej-więcej zgadnąć, jak ogromną radość i motywację do pracy miałam, wstając o godzinie 7 w tak przepiękny poranek. Wyszłam z domu 10 minut wcześniej, bo buty, które wybrałam, ślizgały się niemiłosiernie, a na drodze lód. I, znów zrządzeniem losu, stałam na tym nieodśnieżonym przystanku o wiele dłużej niż miałam to w planach - autobus spóźnił się 20 minut.


Powiadają, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W autobusie spotkałam Tobiasza, który jest młodzieńcem przewspaniałym, o niezwykłej dykcji i porywającej składni. Do tego jest też przystojnym, młodym singlem i pracuje w kancelarii prawnej, budując swą przyszłą światłą karierę - dziewczyny, do boju! ;) [tak, mam nadzieję, że teraz Tobiasz spłonił się rumieńcem...]


A w pracy wcale też nie tak tragicznie. Dużą część czasu zajęło mi pozowanie Kelly do jej przyszłego arcydzieła, co - jak możecie się domyślać - jest pracą naprawdę odpowiedzialną :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz