czwartek, 30 grudnia 2010

Rusałka

Obejrzałam film, bardzo dobry, rosyjski. Świetne kolory, montaże, przewrotne teksty, a bohaterka hiberbolizuje wszystko jak ja. Polecam wszystkim, którzy też lubią filmy o niczym i tym, którzy też kochają "Amelię". I reszcie też.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

video

Jadąc w drugi dzień świąt autobusem do Zielonej Góry bazgrałam po szybie przypadkowe rysunki, a w środku mnie wybuchały bomby i bombki. Niby święta, a jednak spokoju jak na lekarstwo (ażeby!).


W swej życiowej karierze osiągnęłam już ten poziom zaawansowania, że - by z kimś porozmawiać o sprawach osobistych - należy się spotykać na gruncie osobistym jak najmniej. Z Dawidem spotkaliśmy się w pseudo-zagłębiu (depresji?) intelektualnym, Jazzgocie. Naprawdę lubię to miejsce, czuję się nieco bardziej dorosła i zamożna, siedząc tam, wśród ludzi, którzy na "badania okresowe" z racji wieku chadzać powinni co 3 miesiące i słuchając w tle lekkiego jazzu czy popu.

Z Dawidem znam się na tyle długo, że ani moja ani jego mamy nie zadają sobie już trudu próbowania nas zeswatać. Znamy się na tyle, że kiedy się spotkaliśmy, właściwie prawie nie gadaliśmy, tylko sobie razem czekaliśmy na swoje własne cosie.


W końcu zdecydowaliśmy ruszyć się z depresji intelektualnej i przejść się tym jakże malowniczym świątecznym miastem. Muszę przyznać, że wcale tak źle nie było, tylko głowa mi w międzyczasie pulsowała od tych wszystkich "a jeśli", "a co", "a może". Lanre, mój kolega z pracy (prywatnie Nigeryjczyk), mówi, że może nie wiodę życia hulaszczego, ale i tak umrę od tych gdybań szybciej niż niejeden alkoholik. Lanrego to ja słucham z przyjemnością.

To, co w końcu wymyśliłam, jakoś w głowie przypomniało mi Jordiego, gorącego Hiszpana. Jordi mówi, że język hiszpański to muzyka i jeśli coś brzmi źle to możliwości są trzy. Pierwsza - zły akcent. Druga - zła odmiana. A jeśli nadal nie - to po prostu złe słowo. I znów myślę, jakkolwiek dziwne skojarzenie by to nie było, że język hiszpański to trochę jak życie i jeśli coś nie gra, to zwykle albo kładę nacisk na sprawy głupie albo na siłę staram się te sprawy do siebie przystosować albo... Czepiam się tego, co jest w tym momencie najmniej właściwe . Tak więc, bez żalu w sercu, za to z pewną lekkością ducha, postanowiłam nie komplikować sobie życia zbyt zaawansowaną gramatyką i odpuścić co niektóre zabawy. Może muszę jeszcze poznać trochę zasad, nim się za nie zabiorę... :)


I powiem Wam wszystkim, że nigdy nie podobały mi się te niebieskie, fluorescencyjne i niezdrowe choinki, którymi co roku dodaje się uroku Zielonej Górze (bo ponoć kicz jest uroczy, prawda?).

piątek, 24 grudnia 2010

Wigilia

... no ale w końcu nadszedł dzień wolny, dzień spokojny, który rozpoczęłam...


... od spotkania z Arturem. Jestem pewna, że miał dzisiaj wiele, i o wiele też ciekawszych, rzeczy do robienia, jednak zebrał się i przybył do mnie z sernikiem, próbując ratować moją zwichrzoną głowę. To jest właśnie to, ach!


Poszliśmy zbadać, jak ma się Zielona Góra w ten jakże radosny dzień. Szczerze - Zielona Góra nie miała się wcale.

Jedni mieli szczęście...


... inni mniej.


Jedni włóczyli się nieśpiesznie, bez nadziei i ciepła w oczach, kiedy inni stali i wyczekiwali kogoś, kto w ich życiu powinien był się pojawić dobrych kilkanaście lat temu. W Wigilię nikt nie powinien być sam, więc może ten brakujący element rzeczywistości w końcu się dziś pojawił...?


Po starówce postanowiliśmy udać się w moje ulubione miejsce w Zielonej Górze, jednak droga nie była łatwa, wiodła przez najmniej bezpieczny park w mieście. Myślę, że w zimie nie jest on tak niebezpieczny - nikt nie byłby na tyle szalony, by sterczeć tam w takie mrozy!


Podczas wspinania się na szczyt mogłam przetestować moje nowe buty, które, ku mojemu zdziwieniu i uldze ogromnej, nie rozkleiły się i wytrwały cały dwugodzinny (w sumie) marsz.


Dotarliśmy na samą górę zielonej góry, jednak z powodu mgły nie było widać miasta, a tylko jeden ogromny obłoczek.


Po części miejskiej naszego spaceru przenieśliśmy się w dzicz, czyli las. Śnieg po kolana, lód pod plecami niejednokrotnie, a policzki szczypały. Było świetnie, pogadać o niczym i o wszystkim to wspaniała odskocznia od małych katastrof dnia codziennego.


Mimo że mgła i zima i szaroburość dookoła, tych kilka chwil gdzieś-tam bardzo ulżyło memu sercu. Fajnie, święta!

dzień wolny

Wielkie odliczanie trwało już od półtora miesiąca. Wszystkie trudy i znoje życia codziennego podsumowywałam liczbą dni, które mnie dzieliły od akademickiej przerwy świątecznej. Wiedziałam, że wtedy odpocznę, wyśpię się i załatwię wszystkie zaległe sprawy.

... zrządzeniem losu tak się jednak nie stało, bo Olga, koleżanka z pracy i wierna obserwatorka moich słabości, zachorowała strasznie, mając oskrzela zapalone. I wyobraźcie to sobie, zamiast wolnego, albo kilku godzin w pracy, prawie tam zamieszkałam (nabierając szacunku dla wyżej wymienionej za spędzanie w biurze pełnego etatu).


Żeby nie spóźnić się do pracy z powodu opóźnionego autobusu, wybrałam ten wcześniejszy. Jestem pewna, że każdy z Was potrafi mniej-więcej zgadnąć, jak ogromną radość i motywację do pracy miałam, wstając o godzinie 7 w tak przepiękny poranek. Wyszłam z domu 10 minut wcześniej, bo buty, które wybrałam, ślizgały się niemiłosiernie, a na drodze lód. I, znów zrządzeniem losu, stałam na tym nieodśnieżonym przystanku o wiele dłużej niż miałam to w planach - autobus spóźnił się 20 minut.


Powiadają, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W autobusie spotkałam Tobiasza, który jest młodzieńcem przewspaniałym, o niezwykłej dykcji i porywającej składni. Do tego jest też przystojnym, młodym singlem i pracuje w kancelarii prawnej, budując swą przyszłą światłą karierę - dziewczyny, do boju! ;) [tak, mam nadzieję, że teraz Tobiasz spłonił się rumieńcem...]


A w pracy wcale też nie tak tragicznie. Dużą część czasu zajęło mi pozowanie Kelly do jej przyszłego arcydzieła, co - jak możecie się domyślać - jest pracą naprawdę odpowiedzialną :)

poniedziałek, 20 grudnia 2010

No i znów...

Święta zbliżają się, to coraz mniej uniknione. Jeszcze tylko kilka dni, pełnych wrzasków obrońców karpi i rozpaczy tych, co utknęli gdzieś na torach, kilka dni i już spokój, wszyscy tym spokojem przepełnieni, kolędy, zapach igliwia, męczące filmy w TV, a po tym - wszystko na nowo. Nawet w nowy rok na nowo... :)


tak czy inaczej, upiekłam do pracy dwadzieścia kilka babeczek, których tajną misją jest zmiękczyć serca jednych, a napchać brzuchy drugich [mój]. Hip hip hurra, kocham mieć czas wolny!

niedziela, 19 grudnia 2010

Praca

Okazuje się, że dorosłość wcale nie jest taka kiepska. Wszystko da się poukładać, jeśli tylko się zhardzieje, jeśli beczeć przestanie i zaakceptuje zastany stan.


No, łatwo mówić. Prawda jest taka, że jednak do powyższej mądrości dochodzę średnio raz na trzy dni, zawsze po tym, jak będąc zmęczoną, chcę zakopać się w jakiejś przydrożnej zaspie i przehibernować tam czasy "burzy i naporu".

Na szczęście, czasem w miejscu poważnej pracy znajduję małe przyjemnostki - ciastko marchewkowe od irytującego Amerykanina, Szyderczą Monikę, Nadobną Olgę czy "jedwabiste" głosy w telefonie. I jednak muszę przyznać, że dorosłość wcale nie jest taka tragiczna ;)

btw. why is it so that "adulthood" and "adultery" can sometimes be mistaken?

czwartek, 9 grudnia 2010

Polski stół

Długo miałam to już w głowie.

Jestem ogromną zwolenniczką podróżowania i próbowania, poznawania, doświadczania kultury poprzez język, sztukę, obcowanie z ludźmi i... żarcie! Mój australijski kolega (John) powiedział mi jakiś czas temu, że przemierzył już Europę wzdłuż i wszerz i jedyne, co teraz odwiedza, jadąc do nowego miejsca to... puby. John twierdzi, że nigdzie indziej nie doświadczysz "ichności", jak tylko tam, gdzie: 1) są ludzie, 2) jest jedzenie, 3) jest język. John niestety nie należy do osób ponadprzeciętnie wrażliwych na sztukę i architekturę, więc nie powiem, żeby to, co powiedział mnie jakoś szczególnie porwało, jednak ziarnka prawdy się w tym dopatrzeć można.

Tak czy inaczej...
[dziś zdjęcia nie moje, a Seny, bo ja, mili Państwo, nagrywałam materiał do moich badań*]


... kilka dni temu zorganizowaliśmy u Erasmusów polski wieczór, z polskim jedzeniem. Tylko tradycyjne potrawy, dużo kapuchy, mięcha i grzybów w najróżniejszym wydaniu. I żurek.

Podobno nasza kuchnia jest (jakimś) odzwierciedleniem nas samych. Cepeliny litewskie są jak Litwini - zakutani, zdystansowani, na pozór nieciekawi, a jednak z bogatym wnętrzem. Meksykanie są jak chilli con carne - "spicy", z temperamentem, konkretni. A my? Czy najbliżej nam do schabowego, bigosu czy pierogów? Szczerze mówiąc, w tym momencie czuję się nieco zawstydzona, będąc Polką.


Największym powodzeniem cieszyły się niewątpliwie krokiety z grzybami i kapustą. Nie ma się co dziwić - z tych wszystkich dań krokiety najlepiej wyglądały (przepraszam wszystkich fanów bigosu!), ale też, będąc czymś nowym (w przeciwieństwie do np. Schabowego), nie były zbyt dziwne (jak bigos właśnie). Idealne na każdą okazję, powinno się je dodawać jako premię do pensji.

No i oczywiście, jakaś taka zbiorowa fotencja tak, by można było potem wrzucić na fejsbuka i tagować się samego, dodając sobie +15 do popularności... :)
[od lewej: Sarona, Ola, Marta, Sena, Marysieńka, Sarita, Jordi, Alex i ja]

=====================================================
* ależ tak, właśnie. Wczoraj nagrałam prawie 2 godziny swobodnych studenckich rozmów, które po przeanalizowaniu stanowić będą bazę dla mojej przyszłej pracy nt. "Erasmus English". Fajnie, cieszę się.

czwartek, 2 grudnia 2010

Kelly

Kelly jest z Londynu i pracuje ze mną. Oprócz tego, że jest świetną osobą, absolutnie absurdalną, jest też na tyle postrzelona, by ze wszystkich miejsc na świecie najbardziej ukochać Zieloną Górą. Wraz ze swoim mężem, Jimem, mieszkają tu już 3 rok i planują zostać na zawsze.

Z Kelly się poznałam szybko i szybko się też polubiłam. Zawsze w czwartki idziemy po pracy GDZIEŚ, gdzie gadamy tylko po polsku (a przynajmniej się staramy, wiecie, że nie jestem zbyt płynna). Tydzień temu poszłyśmy do McDonalds'a (Kelly tęskniła za domem, haha) i podjęłyśmy wyzwanie nauki czytania po polsku...


Mówiąc po polsku od urodzenia, dużym zaskoczeniem bywa odkrycie, że głupie słowo jak "guzik" czy "przyciski" mogą być dźwiękowym Mount Everestem.


No cóż, ja Kelly uczę polskiego, a Kelly próbuje mi wytłumaczyć, jak powiedzieć "ło|e|va" tak, by brzmiało jak Kate Nash [poniżej, 2:40] czy ci wszyscy inni cool Londyńczycy :)

Żarcie

Na pytanie z kolokwium: "Qu'est-ce que vous-amez?" [Co lubisz?], odpowiedziałam bez zastanowienia: "J'aime manger, dormir et voyager et... c'est tout" [lubię podróżować, spać i jeść i ... to wszystko]. To prawda, choć nie wiem, czy smutna - od dłuższego czasu stosuję pewien rodzaj minimalizmu, znalazłam sposób, by z tych najbardziej podstawowych czynności uczynić źródło szczęścia i w ten sposób z każdym kęsem i minutą spędzoną w towarzystwie poduszki czuję, że żyję :)

Kiedy zaczęłam pracować i studiować, nagle przytłoczyła mnie dorosłość i nie miałam na nic czasu. Prawda jest taka, że czas zawsze jest, tylko czasem źle nim gospodarujemy. Moje nowe odkrycie: zostaliśmy nauczeni, że są takie rzeczy, których nie można przełożyć, olać lub odłożyć - to chyba nieprawda. Okazuje się, że jeśli na rzecz zrobienia zadania z przedmiotu A nie pójdę na zajęcia z przedmiotu B nie tylko mój świat się nie zawali, ale dodatkowo ja sama w tym świecie będę bardziej stabilna.

No, ale do rzeczy - przygnieciona dorosłością odmawiałam sobie "żarcia", które jednak jest tożsame ze szczęściem. W końcu jednak obudziłam się z marazmu i...


... wybrałam się do PIEROGARNI, znajdującej się koło Filharmonii (Zielona Góra), tam, gdzie kiedyś znajdowała się SPAGHETTERIA :) Nie jestem jakąś wielką fanką pierogów - to po prostu zwyczajnostka, nic wielkiego - jednak ciekawość mnie tam zaciągnęła. Zamówiłam pierogi z oscypkiem i żurawiną i teraz na samą myśl o nich już nie jestem w stanie nic napisać :) były przepyszne, jak zawsze połączenie sera i żurawiny!


Po pierogach, poszłam ciężko pracować, a po pracy, jak w każdą środę, odwiedziłam Erasmusów. Alex, postawiwszy sobie za cel wyciągnięcie mnie z marazmu, postanowił przygotować mi greckie danie. Miał trochę problemów z tym, że w Grecji do wszystkiego dodaje się mięso, a ja przecież z mięsem to nie za bardzo, ale...


... chcieć to móc :) danie dziwne, nazwy nie pamiętam w tym momencie, jednak było pysznie! :)

PS: stare przysłowie japońskie mówi, że za każdym razie, kiedy próbujesz nowych smaków, Twoje życie wydłuża się o 76 dni. Cóż, wieczność już na mnie czeka :)

Mojżesz w wersji pop

Moja siostra stała się, z dnia na dzień, osobą, z którą pogadać się już da. Pogadać o wszystkim, mądrze, dyskutując o poglądach i budując z nich światopoglądy. To fascynujące, wiek, w którym ona teraz jest - dopiero co odkryła, że ma swoje zdanie - to właśnie powoduje, że chce jej się gadać i wciąż na nowo przegadywać te same tematy. no i to, że jest jeszcze na tyle młoda, by nie brać pełnej odpowiedzialności za irracjonalność radykalizmu, ale na tyle duża, by móc w radykalizm się bawić :)

teraz jednak anegdotka. [background knowledge: nasz dom nie jest jakoś szczególnie religijny, a powiedziałabym nawet, że wcale. Połowa jego członków nie jest ochrzczona, a druga by wcale nie była smutna, gdyby w stanie nieochrzczenia się znalazła] zapytałam się Kami raz, czy ona w ogóle się orientuje w Biblii, czy cokolwiek wie - zastanawiałam się, o ile ciężej jej będzie kiedyś na lekcjach polskiego, gdzie przerabia się metafory pochodzące z Księgi. Kami mówi, że tak, że cośtam wie, że cośtam było na polskim i w ogóle. Zapytałam się jej, czy wie, kto jest Mojżesz na przykład, na co Kami mi powiedziała, że to taki ziomuś, przed którym się morze rozstąpiło, jednak kiedy zobaczyła, że to jednak niepełna (a może nawet błędna) odpowiedź, dodała szybko:
"no co? tak było na komixxach".

Jak już mówiłam: moja siostra to osoba, z którą pogadać się da - o wszystkim i mądrze:)

[swoją drogą - czy to nie przerażające, że system wartości i dużą część wiedzy młode pokolenie zawdzięcza demotywatorom lub komixxom?]