poniedziałek, 27 września 2010

Kocham...

Kiedy miałam 14 lat zapałałam ogromną miłością do Mobiego. Od razu, gdy go zobaczyłam (usłyszałam?), uznałam go za nowy wizualny (!) ideał mężczyzny. Zaczęłam oglądać programy, w których się pojawiał, czytać różnostki gdzieś znalezione, no i maniakalnie słuchać jego muzyki. Wiadomo, nie towarzyszy mi ona codziennie, czasem Moby gdzieś znika i nawet zapominam o nim wspomnieć, kiedy ktoś mnie zapyta, jakiej słucham muzyki. Ale jednak on cały czas gdzieś w mojej głowie jest.

Nie mogąc mieć prawdziwego Mobiego, zrobiłam sobie własnego:



Od jakiegoś czasu śledzę jego blog. Minęła mi już ta nastoletnia ekscytacja jego wyglądem - raz, że odkryłam, że ma tylko 171 cm wzrostu, dwa, że się po prostu zestarzałam i nie wzdycham już do twarzy z okładek. Mimo tego, bardzo go cenię jako artystę, a jego blog, pełen artystycznych uniesień dostarcza mi wiele emocji. Szczególnie polecam obejrzenie tych krótkich filmików, które zamieszcza - postarzałe, z fajną kolorystyką, spowolnione do rytmu zaspanego serca. Również jego komentarze są dość interesujące - skromne, nie zapychają całej przestrzeni dookoła siebie, pozwalają Ci się cieszyć tym, co zobaczysz.

i piosenka na dziś:


The whole post is more or less about my true love to Moby - as a man and an artist. I fall in love with him when I saw/heard him for the first time - like 7 years ago. Desperate, I desire him so much that I came to idea to create my own Moby ;)
The weather in Poland is just yucky - that's the explanation of my choice of Moby's (master)piece :)

piątek, 17 września 2010

Back

Wróciłam, chyba już na dłużej. Za 10 dni zaczyna się rok akademicki, znów trzeba będzie przyswajać ogromne ilości materiału i uczyć się słówek, których nigdy w życiu nie użyję (czym, do diaska, jest przetwornica?!). Hurra hurra, to nocne studenckie życie, rozwinięte w Zielonej Górze do granic (nie)możliwości. Te osobowości ach-i-och.


... a to moja ulica, chyba najbardziej szalone ze studenckich zagłębi w okolicach Zielonej Góry.

środa, 1 września 2010

Bye, Adamkus.

Prawdziwym przyjaciołom nie mówi się „żegnaj”, tylko „do widzenia”. Po ośmiu dniach wspólnego podróżowania, znów trzeba było się rozstać i znów głupio tak. Najgorsze są te ostatnie minuty, kiedy najpierw nie wiadomo, co powiedzieć, żeby nie było ani zbyt patetycznie ani niedbale, a jak już się powie, to nagle wylewa się ocean tematów, których dokończenie znajdzie się pewnie dopiero w liście czy przy następnym spotkaniu.


Tym razem jednak nie było mi tak ciężko, prawdopodobnie dlatego, że już wiem, kiedy się znów spotkamy. Dwa miesiące temu, kiedy żegnaliśmy się w Kłajpedzie, przyrzekaliśmy sobie (w stylu nastolatków), że się prędzej czy później spotkamy, jednak mój naturalny fatalizm kazał mi się przygotować na rozmycie kontaktu. Kontakt się nie rozmył i mimo tego, że oboje przemierzaliśmy różne miejsca Europy, udało nam się nawet wymienić kilka listów. Tak, listów – odręcznych, pisanych bazgrołami. Przemyślanych, przetworzonych, ze zmęczonymi dłońmi. A jaka radość przy otwieraniu koperty! Cóż, zazdrośćcie :)




Normally, you don't say to your dear friend "farewell" but rather "see you". After 8 days of travelling togheter, we again had to say "bye" to each other and split and again there was something disturbing deep in our minds. The worst thing - waiting for the train you don't know what to say not to sound pathetic or too solemn and serious but when you finally find the right words, the real ocean of sentences starts to flood everything around and you are quite sorry not having opportunityto "elaorate a little bit" on that.


This time it was not that hard, probably deu to the conciousness thah sooner or later I will meet Adam again. The least time, in Klaipeda, our farewell moments were terrible - my black fatalism took my mind over, making me sure that those were the last minutes with Adam in my life. Anyway, as you can see, sometimes I am wrong :)