sobota, 26 czerwca 2010

BACK

Ok, guys, it's high time for me to come back to writing this blog. After updating it everyday this week-long break seems to be comparable to infinity :) Anyway, I haven't made up my mind about the form of this blog - I don't want to post every day or every second day (my life is not that interesting) but I need to have some kind of ritual in order not to neglect it :) most probably I will post every week with some photos summerizing my week - but still, not sure about that :)

[FRIDAY: first glance at my house, 6 am]

I came back exactly one week ago but I still have this feeling of being displaced. First thing - I live far-far away [ok, maybe its only 20 km...] from any form of civilisation, which makes a big difference compared to (a) Olandu, (b) Vilnius. I have a big (single!) room and two bathrooms, good food and loudspakers but - nobody to talk 24/7. [that doesnt mean my parents/sister are socially disabled, you know;)]. And - every time I want to send a message to A/S/Z/E - it's somehow impossible.

[SATURDAY: Meeting with Karolina]

That's so funny, I hade been missing her for one semester, having around me all those lovely people. Now I have her just next to me and still this feeling of longing/yearning is present. But anyway, she's a blessing for my dithers.
... thanks to her, I started reading "101 Reykjavik". nice use of language :]

[SUNDAY: dropped in the birthday party of my scout team]

I missed them as well. Ive been friends with them for the last 6 years, observing their getting adolescent but I needed this come back to realize that they really are mature now :)

[MONDAY: grannie]

A person, whose warmth makes me strong in all those shitty moments.

[TUESDAY: micro-scouts]

I met with my micro-scouts. Although they are 14, they are more impressive and brilliant than the majority of people you know :P being with them, you are sure that the future will be bright :)

[WEDNESDAY: the Uni and Ola]

You can't imagine how concerned about meeting all those uni-people I was. Since I don't know what exactly I think about all the erasmus experience and how much I want to share with them, I was really scared about visiting my uni. But, all in all, it turned out that some people were really waiting for me and greeted me really warmly. It's nice when you know there are kind people around you.
and... then afternoon with Ola, Kasia and Gosia [in the pic, playing a game Ola uses for coaching some 4-year-olds with english], full of gossips and strawberries. Hoorray.


[THURSDAY: unpacking, tears, missing certain people and situations]

[FRIDAY: Kami's schoolyear end]

I went with my micro-sister [the second from right] for the official schoolyear end in her Music School. Surprisingly enough, she was distinguished as the best flute-player in her year :) so so so proud of her!

the song of today:


=========================================
jeszcze nie wiem, może będę również pisała po polsku, jednak - zobaczymy.

czwartek, 17 czerwca 2010

135 :(



no i pojechała.
prędzej czy później wróci do domu.

135 Nida i powrót

My, trójka niestrudzonych podróżników o różnych paszportach, wstaliśmy wcześnie rano i postanowiliśmy podbić Nidę, miasteczko znajdujące się na litewskim cypelku (odpowiednik Helu :P). Cały cypelek, nazywany przez laików Mierzeją Kurońską, jest wpisany na listę UNESCO.


Cóż, Nida to po prostu miasteczko rybackie. Widoki piękne, mało ludzi, za to dużo statków i smażonych ryb. Klimat nie jest łajbowy, ludzie sa przyjaźni, a woda, choć zimna, zachęcająca. Widoki różnią się bardzo mocno od tych wileńskich - w Nidzie czujesz, że masz swoją przestrzeń.




Na kilku trawnikach można spotkać stada milczących owieczek.


Jak wiecie, uwielbiam zdjęcia okien i drzwi. Nida to miejsce dla mnie, zdecydowanie! Mieszkańcy miasteczka naprawdę dbają o jego estetykę, a i folklor temu sprzyja.


Po wdrapaniu się na wielką górę...



... wypiłam swój ostatni kawiarniany trunek. Padło na kako - bo gorącej czekolady nie mieli. Bez rewelacji, bez tragedii.

Pożegnanie z Adamkiem smutne, rzewne, ale dał mi na drogę paczkę misiów HARIBO, więc możecie sobie wyobrazić, że smutek po Adamku nie trwał długo;)


A na miejscu Sandra, Zuzana i Eunji już na mnie czekały. Spędziłyśmy tę noc razem, starając się nie myśleć, że tratatata-koniec.


Plac katedralny o 4.22. Od początku erasmusa miałam cichą nadzieję, że uda mi się wstać o 4, żeby zrobić zdjęcie słońcu, które dopiero leniwie otwiera oczy. Nie udało się. Znalazłam więc inny sposób - po prostu nie poszłam spać :)

I kiedy w końcu wróciłyśmy do akademika, czekał na mnie kawałek kakaowego ciasta, które dziewuchy dla mnie upiekły. Ech, będzie mi tego brakowało...

środa, 16 czerwca 2010

134 Klaipeda


Dzień zaczął się od pożegnania - z Danielem. Cóż, to strasznie trudne powiedzieć "żegnaj", kiedy by się chciało raczej powiedzieć "do zobaczenia". No, ale miejmy nadzieję, że tym razem to raczej "do zobaczenia" było.


Nasza wycieczka się rozpoczęła i już po 4 godzinach (które oczywiście przespałam) byliśmy w Klaipedzie. W końcu udało mi się odwiedzić to miasteczko, hurra!






No właśnie - po całej Klaipedzie porozmieszczane są małe przyjemnostki - akcenty, które sprawiają, że nie sposób jest nie lubić tego miasta. Każda z tych rzeczy ma Ci przynieść szczęście, więc - wyobraźcie sobie tylko, jak mieszkańcy Klaipedy muszą być szczęśliwi :)


(...)bear :)


Przydrożny sklepik z owocami.


Pierwsze skojarzenie, jakie większość osób ma z nazwą miasteczka jest właśnie morze. Od początku mojego erasmusa wyobrażałam sobie siebie leżącą latem na plaży i wysmażającą wszystkie brudy tego semestru. Cóż, pogoda mnie rozczarowała trochę.


W kraju, który słynie z koszykówki nawet kosze są "stylizowane".



Litewskie dzieciaki.


Woda zimna (6*C), jedyna odważna, by przełamywać fale.


...zima...


... ale przynajmniej moje stopy dotknęły piasku ;) uświadomiłam sobie, jak dawno temu nie byłam nad Bałtykiem - kiedyś jeździłam tam co roku, teraz raczej nieczęstym jestem gościem.


Wieczorem chcieliśmy zjeść kolację na laży i prawie nam się udało. Pogoda była paskudna, zimno i wietrznie, więc kolacja zamieniła się w przekąskę - usiedliśmy, szybko wciągnęliśmy to, co mieliśmy i uciekliśmy. Tchórze:)

Dzień zakończyliśmy na samej górze Klaipedy, w Skybarze. Widok fajny - mgła dookoła, widać tylko smugi po światłach samochodów.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

133 Danielowe urodziny

Dziś są urodziny Daniela (tego, z którym byłam w Brukseli i Sztokholmie). Z tej okazji przygotowaliśmy dla niego mały piknik.


Jak widzicie, prócz truskawek, bitej śmietany, sera, szampana Fokus-Pokus (tak, bezalkoholowy), czegoś do picia i bagietki na naszym kocu znalazły się także moje ciasteczka i chleb z masłem czosnkowym i sałatka zrobione przez chłopców (to znaczy: Adamka i jego francuskiego kolegę). Kompozycja wspaniała, mimo że sałatka grecka, a ciasteczka angielskie - piknik był bardzo francuski - ach! :)


Solenizant z brownies z bitą śmietaną i truskawką... :)

A to Adaś, próbujący zrobić nam zdjęcie ze statywu. Kolega Adamka ostatnio zaopatrzył się w całą masę profesjonalnego sprzętu i zawsze nosi ze sobą mały plecaczek z całym ekwipunkiem. Jego aparat jest tak drogi, że prawdopodobnie możnaby za niego kupić kilka (dwa? trzy?) moich skuterów :) tak czy inaczej - na statywie aparat jest Adamka i podejrzewam, że koszt samego statywu jest większy niż wartość aparatu ;)

Po pikniku poszliśmy na mały spacer dookoła Wilna. Cóż, to chyba ostatni już taki spacer, przynajmniej dla mnie.


Najładniejszy kościół Wilna (w moim odczuciu). W końcu udało mi się wejść do środka. Cóż, z zewnątrz wygląda naprawdę ładnie:)


Uliczka, którą chodzę kilka razy w tygodniu, a dopiero dzisiaj ją "odkryłam".


Kolejne "odkrycie".


Ciekawostki:



Ojciec z synem na spacerze.

Ręce jej opadają na samą myśl o...


Fochaste gołębie (stały tak przez dobrą minutę, w bezruchu).


... i latający słoń na murze jednej ze szkół :)

a jutro - jutro jadę na dwa dni na wycieczkę. Nie wiem, jak to będzie z internetem, nie wiem, czy potrzebuję i nie wiem, czy chcę - to już ostatnie moje chwile tutaj, co nie jest najprzyjemniejszą myślą - więc może nie warto tracić czasu?
... ech, chyba warto jednak :)

no to do zo - albo jutro/pojutrze albo w środę.

132 cookies

No więc tak.
Paulina wyjechała, do Sandry przyjechały koleżanki, do Adamka przyjechał kolega (z którym jutro jedziemy na wycieczkę!), Mathias się uczy do egzaminu, Zuzana jest w Moskwie, a cała reszta też ma masę zajęć teraz.

Postanowiłam więc wczoraj upiec ciasteczka. Nie mogłam się zdecydować, w końcu upiekłam trzy rodzaje.


1. "kruche ciasteczka" - ciasto mi nie wyrosło, zamiast ciasteczek były kruche opłatki.


2. "bezy" - ha ha, to było naprawdę smaczne, ale nijak się miało do tego, co w moim domu się piecze i nazywa się bezami; moje "bezy" przypominały naleśniki albo biszkopt - sama jeszcze nie zdecydowałam; najważniejsze, że były smaczne.

3. "kruche brownies" - tak, powinnam dostać medal. Byłam i jestem z nich dumna, duże kawałki czekolady rozpływają się w ustach i mimo tego, że brownies są ogromniaste, masz ochotę jeść, jeść i jeść... numer popisowy:)

hurra.

sobota, 12 czerwca 2010

130 Pola Elizejskie


Nastał smutny czas - wszyscy moi przyjaciele albo gdzieś wyjechali, albo pojechali do domów albo właśnie mają gości albo kogoś żegnają. Momentami strasznie samotnie mi tu, momentami czuję, że i ja niedługo zniknę i dlatego teraz, rozpaczliwie, próbuję wszystkie chwile jakoś uwiecznić, unieśmiertelnić.

Wczoraj wieczorem wyszłam na spacer, zrobić milion zdjęć Wilna. Tak się złożyło, że po drodze spotkałam Adama i poszliśmy na dłuższy spacer. To śmieszne - noc taka okropnie gorąca, klejąca, światła i neony, fajerwerki nade mną (znowu jakieś święto?), wydawało się chwilami, że to nie Wilno tylko jakieś egzotyczniejsze miejsce i że nie ulica Giedymina, tylko Pola Elizejskie. I te wszystkie nieładne za dnia dziewczyny, teraz ubrane tak europejsko, tak z okładek pism. Fajnie, fajnie, Wilno, jakiego nie znałam.