środa, 31 marca 2010

59-60 Wiosna w dolinie Muminków:)

Wszystko na spokojnie - śniadanko, kawka, ostatni spacer po Tallinie - spokojnie, mamy jeszcze tyyle czasu. Docieramy do portu, terminal B, to jasne - tak było napisane. A pan taksówkarz do nas, że pewnie do Helsinek, to nie-nie, nie tu, to terminal D powinien być, czyli 2 km stąd, a mamy tylko 15 minut i walizki. I panika w oczach, bo w portfelu to już niewiele EEK było, a pan taksówkarz już otwiera bagażnik, uśmiecha się zapraszająco...
...
...
... i za 7 minut na miejscu:)


O Boże, nigdy w życiu nie płynęłam nigdzie tak długo. Czułam się trochę nieswojo - wiecie, w końcu obejrzałam "Titanic" pewnie z 8 razy w moim życiu...


A ten prom, choć na pewno bezpieczny, wydawał się taaaki ogromny - mnie, Polce, z Zielonej Góry:)


No, ale dotarłam, a widok zrobił na mnie ogromne, niemożliwe do wyrażenia, wrażenie. Kiedy płynęliśmy - cały czas padało. Kiedy dotarliśmy - padało. Kiedy nasze stopy podbiły Helsinki - deszcz zniknął! I to morze, całe w krach, zimne powietrze, szczęście!


Mamy tylko kilka godzin, a miasto jest ogromniaste. Pierwsze miejsce z serii must-see: pałac prezydencki. Na placu - możliwość kupienia kawki prezydenckiej w kiczowatym, pomarańczowym namiocie :)


... i śniadanie...


... no dobra, wystarczy kawa. Muszę dodać, że ta kafejka jest jedną z najtańszych - tu kawka nie kosztowała, na szczęście, 50 zł, jak w innych.


WIOSNA! w krainie Muminków. A jeśli chodzi o muminki - to tutaj wszędzie ich pełno. Sklep z muminkami, muzeum, muminki na przystanku i na plakacie reklamowym. Wszędzie. Ale - czy znacie kogokolwiek, kto mógłby się Paszczakiem i Hatifnatami przejeść?


A to kościół ortodoksyjny. Widać go prawie z każdego miejsca w tej części miasta, jest potężny, stoi na milionie schodów i - naprawdę - czujesz się mały przy nim.

video

A w środku - próba Finlandzkiego Chóru Chłopięcego. Najlepsi z najlepszych, szkoła muzyczna, o której mali chórzyści marzą (albo ich rodzice?). Próby zwykle trwają 3-5 godzin, najmłodszy członek ma 8 lat, ale jednak daje radę.


... i przerwa :)


Nieszkodliwy dziwak, udający Supermana. Głos jak Shaggy, dready jak Bob i do tego kica po linie.


Ciekawostka jednej z witryn sklepowych. Tak, Finowie są fantastyczni.
Przy okazji - fińska wersja angielskiego (długie "m" i "n", ktrókie "ot", "a") to najlepszy angielski na świecie!


Postanowiłam zdobyć jeden z parków, specjalnie dla Asi. Droga do celu była paskudna. Czasem śnieg zapadał się i - niespodzianka - dziura z wodą do łydki. Asia, kochaj!



Dżoana, a czyj to pomnik, co?


I po tej wyprawie moje buty wzruszyły się i - się rozkleiły. Czas się pożegnać, myślę :(


W piekarni moją uwagę przykuła górna półka. Oponki jak z amerykańskich kreskówek i intrygujące jagodowe serduszka. Czas na picnic!

Nad morzem, zamarzniętym całkowicie, siedząc na ławce, z butami przemoczonymi i ogólną niechęcią do życia wciągam ciastka i gapię się na słonko. I fajnie jest, naprawdę.


A ciastko nie było jagodowe, jak myślałam, tylko z nadzieniem panna cotta. I zadziwiająco szybko zniknęło, nie wiem, kiedy się skończyło i bardzo za nim zatęskniłam.


Droga z powrotem do miasta zajęła dość duża czasu, więc postanowiłam odwiedzić kultową knajpę dla drwali:) Kicz, ale taki znośny, swojski!


Wszystko konsekwentne, kiedy usiadłam do stołu, kelnerka przyniosła mi gazetę, w środku której, jako reklamy - menu! Przezabawne opisy, przytyki do świata polityki, kultury - podobno opisy te zmieniane są co miesiąc!


Zamówiłam mięso renifera. Podane w głębokim talerzu, puree ziemniaczane, sos, żurawina, ogóry kiszone... Och!

Wieczór spędzony miło, po fińsku. Rano, o 6:30 już na lotnisku, czekając na lot do... [CENZURA]
Szkoda, że koniec Helsinek. Że dla mnie, to znaczy.

wtorek, 30 marca 2010

59 MORZE


Pozdrowienia ze środka Morza Bałtyckiego!!!!!!!

poniedziałek, 29 marca 2010

57 Tallinn

Dziś ostatni dzień w Tallinie, poświęciłam go na zwiedzanie XIX-wiecznych, przerażających dzielnic i wesołe przemierzanie "najpiękniejszych zakątków Tallinu". Dzień mogę zaliczyć do dziwacznych. Oto dlaczego...


1. Najdziwniejszy budynek Rosyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego, jaki kiedykolwiek widziałam.


2. Park bez drzew :) ale z morzem!


3. Mnóstwo ptaszysk, rozwrzeszczanych, zwariowanych, kwiczących i skaczących - chyba czas godów, co?


4. Czekolada estońskiej marki Kalev (której fanką zostałam już na Litwie) o niecodziennym smaku - grejfrutowym. Nie da się tego porównać do niczego, przepraszam :)


5. Spostrzeżenie - wszystko (to znaczy: od nazw ulic, przez witryny sklepów, etykiety ciastek, aż po ulotki w sklepie) jest tu dostępne w dwóch wersjach językowych.

6. Przepiękny wieczór i odliczanie dni do [CENZURA]
a jutro rano - dalej w trasę! :)

niedziela, 28 marca 2010

56 Tallin


Sylwia w Tallinie. Moje pierwsze wrażenie - matko, to miasto jest wspaniałe. WSPANIAŁE. Niesamowicie średniowiecznie, zero kiczu, wszystko doskonale zachowane i zadbane. Małe domki, mnóstwo wieżyczek, kościółków i brukowane drogi. Prawie nikt nie mówi po angielsku w sklepach czy restauracjach, ale za to na ulicach brytyjskie głosy pobrzemiwają bardzo donośnie. Ceny nie są tak wysokie, jak myślałam, a jedzenie - bardzo smaczne. HURRA!


Co prawda pogoda dziś nie była zbytnio sprzyjająca szalonemu zwiedzaniu czy strzelaniu mnóstwa zdjęć, ale jednak Tallin prezentuje się fantastycznie nawet w deszczu i zimnie. O wiele mniej jest tu punktów, które "muszę" zobaczyć, z którymi wiążą się dziwne historie lub które są architektonicznie fascynujące, ale - całe stare miasto jest tak śliczne, że nie czuję, że tracę czas:)



I muszę przyznać - naprawdę jest to jedno z niewielu miast, które, mimo bycia atrakcją turystyczną, nie utraciło swojego *ducha*, nie sprzedało swoich ścian reklamom podpasek czy karmy dla psów. Jezu, jest wspaniale średniowiecznie... Aż nie potrafię znaleźć słów, by to opisać. Czuję się, jakbym się cofnęła w czasie, ale jednak - nie uważam, by to miasto było "zasuszone" jak Cordoba. Wspaniale!


Jednym z niewielu punktów, które chciałam zobaczyć była apteka w sercu starego miasta. Została ona założona 600 lat temu i, naprawdę, jest jak muzeum!:) Co więcej, część z leków, z któych apteka słynęła pół tysiąca lat temu nadal można tam kupić! Są co prawda dość dziwne, ale przecież zawsze znajdą się jacyś chętni na to!


Apteka była, niestety, zamknięta, ale mimo to czułam palącą potrzebę zajrzenia do środka. Myślę, że jutro tam wrócę w godzinach pracy:)


No właśnie - Tallin pełen jest smaczków, ukrytych gdzieś, małych, niezauważalnych, a jednak - gdy się je odnajdzie - cieszą serce i oko:)


Zwróćcie uwagę na tego dziwaka w płaszczu zdjętym jakby ze swojej żony. Zgadnijcie, jakiej był narodowości? :)


... interesujące...


A to mury Estońskiej Akademii Nauk. Musicie przyznać, że nie jest to zbytnio "kreatywne" czy "inspirujące" miejsce. Właściwie, wygląda jak szpital psychiatryczny, jak to mój Fiński kolega powiedział.


A to na pożegnanie, ha ha :)

sobota, 27 marca 2010

55 Jurmala, Valka, Valga, Talin

Dzisiejszy post zacznie się od zagadki - co takiego poniższe zdjęcie przedstawia?:)


Tak, jak większość z Was od razu wiedziała - jest to kawałek śniegu dryfujący w lodowatym morzu. Specjalnie dla takiego widoku ;) pojechałam do Jurmali, jednego z najbardziej popularnych kurortów wakacyjnych na Łotwie. To, co tam zastałam, było dla mnie ogromną niespodzianką...


... zastałam tam bowiem WIOSNĘ! Boże, jakie to cudowne uczucie nie musieć nosić kurtki! Widoki cudowne, zawsze marzyłam o tym, żeby zobaczyć morze w zimie (zaszczepione przez Mamę) i - powiem Wam - robi wrażenie.


... czekając na sezon.



Kolejny punkt podróży to miasto, które strasznie mnie zaintrygowało, gdy przeglądałam fora internetowe. Wyobraźcie sobie, na Łotwie leży takie miasteczko jak Valka. W Estonii zaś - Valga. Miasteczka te nie dzieli nic prócz granica państw, która przebiega przez środek dawnej Valki. Granica została ustanowiona po tym, jak Łotwa ogłosiła niepodległość w 1918 roku. Do miasteczka rościła sobie jednak prawa także Estonia, więc dwa lata później na miejsce przybył niezależny brytyjski konsul i rozpoczął badania wpływów obu państw w poszczególnych częściach Valki. Zajęło mu to trochę czasu, po czym wyznaczył, bardzo precyzyjnie, granicę pomiędzy państwami. A teraz wyobraźcie sobie, że z dnia na dzień okazuje się, że Wasza babcia mieszka w innym kraju, choć się nie przeprowadziła, a Wy i tak co tydzień u niej na obiadku jesteście:)


Dzisiaj przekraczonie granicy jest tak proste jak... jazda na rowerze :) Niestety, pięć lat temu we wszystkich punktach łączących oba miasta stali celnicy i dokonywali rewizji każdego, kto chciał przekroczyć granicę. Co jeszcze śmieszniejsze - na czas okupacji sowieckiej granica nie istniała, by po 50 latach znów się pojawić i po 15 zniknąć.


Obrazek, który mnie urzekł. Starsza pani, przystanek, płacze, deszcz. Przysiada się mężczyzna - pewnie jej syn, daje jej lizaka i się do niej przytula. Nie wiem, co się właściwie stało, ale chwyciło mnie to za serce - właśnie pewnie dlatego, że wyrwane z kontekstu życia codziennego.


Zakochana w tych polach. Estonia jest jeszcze europejska, ale już obca, finlandzka. Inne literki, inne słowa, ludzie zdystansowani. A jednak - jedzenie to samo, historia podobna. Póki co Estonia podoba mi się najbardziej ze wszystkich krajów bałtyckich.


Wreszcie Talin. Wyszłam z auta, by sprawdzić nazwę ulicy. Pierwsze kroki w mieście. Cicho, spokojnie, choć sklepy czynne, a restauracji nikt o 22 w sobotę nie zamyka (zgryźliwość w stronę Rygi i Wilna).


Ha ha ha, czy próbowaliście kiedyś afrykańskiego jedzenia? Bo ja, wyobraźcie sobie, dzisiaj właśnie spróbowałam! :):):) warto było odwiedzić Estonię, by spróbować takiego wynalazku ;P


Kuskus z jagnięciną i dziwnymi kulkami:)


Ryż duszony z marchewką z wołowiną w sosie fistaszkowym:)

smacznego!