poniedziałek, 30 stycznia 2012

Żydowski ślub

video

To, co trzeba o Izraelu wiedzieć to - między innymi - to, że jest to kraj o wiele mniej demokratyczny i świecki niż sami siebie prezentują. Brak publicznego transportu w Szabat, kalendarz dostosowany do religijnego czy brak świeckich małżeństw tak mocno wbiły się już w izraelską rzeczywistość, że nikt ich nie kwestionuje. No ale do rzeczy.

Kilka dni temu miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w prawdziwym żydowskim ślubie. Żydowskim, bo - jak wspomniałam - nawet osoby średnio religijne nie mają wyboru i muszą mieć ślub religijny. Nie tylko podkreśla to wagę wartości jaką jest dane wyznanie, ale także skutecznie utrudnia "mieszanie" się grup wyznaniowych.

Mój przyjaciel Michael brał ślub z Riki. Ślub ogroooomny - jak na śluby izraelskie przystało - na grubo ponad 300 osób. Byłam bardzo podekscytowana, wybrałam się z mamą na zakupy, nabyłam odpowiednią sukienkę, buty, rajstopy, bolerko, prezent, odliczałam i się stresowałam.

Było naprawdę przecudownie: jedzenie, ludzie, stroje, państwo młodzi, obrzędy.
filmik jest nieco długi (4 minuty!!!), ale niektórych momentów postanowiłam nie skracać - na przykład modlitw (a są one śpiewane), bo dla moich uszu to naprawdę niezwykła muzyka.

Ślub odbył się w Tel Awiwie, gdzie zatrzymałam się u przyjaciela Tala, Yshaya. Kiedy wróciłam z wesela i otworzyłam drzwi mieszkania to jednak nie Yshay na mnie czekał, co zobaczyć można na filmiku... :)

~~~~
layla tov
czyli dobranoc :)

środa, 25 stycznia 2012

via dolorosa

video

Ulica Via Dolorosa jest z pewnością jedną z najważniejszych w historii świata - 2000 lat temu Chrystus szedł tu ze swoim krzyżem. Pisałam o tym już rok temu, więc blablabla, nie warto teraz, teraz czas na coś nowego.

A nowością jest dach. Nie każdy wie - dotyczy to nie tylko turystów, ale i tubylców - że wiszący nad tą gwarną, targową ulicą dach jest bardzo prosty do zdobycia, wystarczy się wspiąć po schodach przy pewnym domu i ot, od razu świeże powietrze, odludzie, cisza i spokój. Co kilka metrów można obejrzeć sobie, co cię dzieje na dole, popatrzeć na łysiny amerykańskich turystów i przestudiować brody ultraortodoksów.

Lubię siedzieć na najwyższych miejscach świata (tak w ogóle to nie za bardzo jednak przepadam za GÓRAMI) i po prostu gapić się w dół. Bez względu na to, jak zajęta jestem, nigdy nie żałuję takich momentów.

Na filmiku jeszcze hummus (och! ach! o jejku!) i obiadowe miseczki, które sobie z Talem kupiliśmy. Sprzedawca mówił przynajmniej w 6 językach (hebrajski, rosyjski, arabski, hiszpański, polski, angielski) i to dobrze na tyle, żeby utrzymać porządną rozmowę. Jejku.

wtorek, 24 stycznia 2012

koncert Tala

video

tal
mental
experimental


Kiedy podróżuję i rzadziej, kiedy "stoję w miejscu", piszę pamiętnik/dziennik/cokolwiek. zapisuję myśli swoje i innych, cytaty, przypomnienia obrazy, dźwięki, sytuacje, wszystko. wklejam bilety, etykiety, rachunki, paragony, wycinki z gazet i zdjęcia. na co dzień nie jestem sentymentalna, ale widocznie potrzeba wspominek we mnie siedzi i tak się właśnie zaspokaja.

W każdym razie. Mniej więcej od września co kilka wpisów pojawiała się wzmianka, ze jestem strasznie zmęczona i naprawdę potrzebuję snu. szczególnie ostatnie 3 tygodnie były dla mnie pod tym względem ciężkie: stres przed wyjazdem, nauka, terminy...

Tu, w Izraelu, po 3 dniach ciągłych drzemek i długich przespanych nocach uświadomiłam sobie, że w zasadzie dawno nie miałam takiego maratonu snu. w efekcie, moja cera teraz wygląda wyśmienicie, zimno z ust zniknęło, jestem pogodna i radosna i czuję się zdrowo. lenistwem funduję sobie porządne spa.

dwa dni temu Tal miał koncert, cały dzień był podekscytowany, chodził w tę i z powrotem, nie mógł sobie miejsca znaleźć. Myślę, że koncert udany - mnie przynajmniej się podobał bardzo!

sobota, 21 stycznia 2012

Shabat Shalom czyli dzień 2

video

będzie krótko i na temat:
1. wycieczka na shuk (targ) okazała się niemałą niespodzianką: nie tylko odkryłam ogromną ilość warzyw, o których istnieniu (lub wyglądzie) nie miałam najmniejszego pojęcia, ale jeszcze kupiłam przesłodkie i ultratanie pomarańcze, sztuk 10, kilogramów ponad 5 (bo każda pomarańcza wielkości mojej twarzy!!!), złotych 12. wow. żyć nie umierać.

2. szabat, a więc dzień wolny od wszystkiego, zaczyna się już w piątek przy zachodzie słońca (słońce zaczyna zachodzić ok. 16, wszystko staje się różowawe i takie rozmarzone), więc w zasadzie już od 12 można wyczuć jakąś specjalną atmosferę tego święta: ludzie jacyś bardziej życzliwi, mniejszy ruch na ulicach (podczas szabatu nie ma go wcale), odświętne ubrania;

3. ponieważ wszystko już o 16 jest zamknięte, a duża część osób jest niewierząca, Izraelczycy umilają sobie czas w różnoraki sposób - znajomi Tala zorganizowali w swoim popołudnie koncertów, gdzie można było przyjść, zjeść zupę grochową lub szpinakową (!) i posłuchać muzyki "niekonwencjonalnej". fajnie było.

4. jedzenie, które w Izraelu kocham: ciecierzyca, ciecierzyca i ciecierzyca...

piątek, 20 stycznia 2012

video

Tak, tak, tak, znów Izrael.
Pojawiłam się tutaj znienacka i z żadnym właściwie konkretnym planem. Ponieważ chciałabym tu dłużej kiedyś pobyć (rok? dwa? pięć?), ten wyjazd ma być poznaniem Izraela od tej strony. No dobra, nie tylko o to chodzi, ale o reszcie może innym razem, a może wcale.

Więc tak, pogoda jest przesłodka, 15 stopni, więc ukrop nie powala, a chłodek nie zniechęca. Czasem pada, grube i ogromne krople przypominające granaty spadają z nieba i tworzą się nagle ogromne rzeki, potoki na ulicach. Buty mokre, mokra kurtka, mokre włosy. Prysznic za darmo.

Wczoraj poszłam wieczorem na spacer, usiadłam w jednej kawiarence na mojej ulubionej ulicy, piłam gorące, parujące mleko z piankami marshmallow, gdy wtem.. nieznany młodzieniec ukazał się mym oczom i tanim podrywem ("dziewczyna mnie właśnie rzuciła") próbował mnie zaprosić na wieczorne party. Gdy to nie skutkowało, obdarował mnie kwiatkiem, który - mimo swojego uroku - też mnie nie przekonał. Zniechęcony poszedł szukać wielkiej miłości dalej.

Tak to właśnie jest z Izraelem. Ile razy mam chwilę zastanowienia czy znudzenia, ktoś się pojawia, coś się dzieje. Tu się nudzić nie da.

sobota, 24 grudnia 2011

Niby jestem w Poznaniu, ale...

video

... ale tak naprawdę to już odliczam i jestem bardziej *tam*, niż *tu*.
kocham hummus i literki tet (ט) i samech (ס) i - to chyba mi wystarczy, by święta spędzić, płodząc kolejne eseje nie na temat, by tylko zdążyć zaliczyć sesję wraz z nowym rokiem.

życzę Wam i sobie dużo ciepła w sercu
- dzisiaj i jutro i na wieki wieków.

wtorek, 13 grudnia 2011

lampiony wolności

video

/od 1:30 wygląda to wszystko jak atak ufo czy koniec świata./

piątek, 25 listopada 2011

...pero la mejor escuela de la vida es poder viajar...

odliczanie się już skończyło, 24 dni minęły niezwykle szybko, a z każdą godziną coraz mniej mnie było w Polsce (co jest także prawdą w wymiarze "fizjonomicznym", bo nieco ostatnio chudłam). Ciężko było mi się skupić, szczególnie przez ostatnie dwa dni, na sprawach przyziemnych, myśląc raczej o czekającym mnie locie.

Przede mną wiele wrażeń, umówionych spotkań, wyznaczonych celów. Mdleję, gdy pomyślę o tym, że za dwa dni spotkam zaangażowanego artystę, a za cztery sławę socjologii izraelskiej, skóra mi mięknie na samą myśl o zbliżającej się kąpieli błotno-solnej w Morzu Martwym, a brzuch wesoło burczy na wspomnienie hummusu. Wiem, że to będzie wspaniała podróż - całe to oczekiwanie jest wspaniałe, szczególnie, że zazwyczaj żadnej z moich podróży ono nie towarzyszy. Oczekiwania są ogromne, ale przecież to jasne, że Izrael to Izrael - cokolwiek by się nie (!) działo, i tak będę zadowolona.

Do przeczytania, a jak zatęsknicie, zobaczcie, gdzie jestem:

poniedziałek, 14 listopada 2011

Jesieni oddech na moim karku


Lubię na jesień ostre światło, które się ściera z mrozem, wszystko jest wtedy jakby za jakąś mgłą, także ja cała w jakimś kokonie, swetrze ciepłych myśli. Mleczne powietrze rozbudza, ale też wprowadza mnie w jakiś paniczny lęk przed opuszczaniem tego, co znajome: łóżka, pokoju, domu, miasta, siebie samej - dzielenia się swoimi zagwozdkami z innymi. Boję się, że to powietrze przeniknie mnie do szpiku kości lub że inni tym mrozem przeniknięci mnie rozbiją na kawałki. No więc siedzę w domu, ciągle marznąc na duchu i odliczając dni do Izraela, a ich już tylko 12 zostało.

Czy nam ta jesień jest w ogóle potrzebna...?

Im więcej czytam, tym bardziej się ekscytuję na tę podróż. Lubię spędzać czas w łóżku, szczególnie - choć to nie przystoi - czytając właśnie, pożerając kolejne paragrafy i rozdziały. [Uwaga, to zabrzmi dość jesiennie] Im dalej jestem od ludzi, tym bardziej mi komfortowo i ciepło, szczególnie na myśl o słonku, którego promienie niedługo będę czuć na twarzy i odsłoniętych kolanach.

No, benjinhos dla wszystkich.

wtorek, 18 października 2011

Filmy

Moi rodzice ubolewają od czasu do czasu, że mam tyle zajęć i że właściwie nie mam czasu na życie studenckie. Jak można było już zauważyć na tym blogu, jestem raczej nudnym kujonem niż szaloną imprezowiczką i biblioteka (ze swoją przestrzenią, anonimowością, dystansem) cieszy mnie bardziej niż zatłoczony opresyjny klub. Moje życie studenckie to dużo czytanek, to dużo bibliotek, ale też dużo spotkań z osobami, które lubię. Niewiele znam osób z moich grup, bo nie mam aż takiego parcia, by się od razu ze wszystkimi przyjaźnić. Wiem, że osoby, które są mi przeznaczone, mnie znajdą. Tak czy inaczej, w Poznaniu nie czuję się samotna i zawsze mam z kim wyjść na przykład do kina.

A doświadczeń z kinami miałam już cztery, czyli średnio 1,25 seansu na tydzień, co daje lepszą średnią niż w czasach zielonogórskich. Za całą tą przyjemnostkę zapłaciłam 20 zł, czyli 5 zł od wieczora, co równa się 1,5 seansu w marnym cinemacity. I tak na przykład, pierwszy raz do kina w Poznaniu poszłam z Alą, którą tu widać za kriekiem. Wybrałyśmy się na nowy film Sofii Coppoli. Moje przemyślenie odnośnie jej kina to przede wszystkim to, że wspaniale trzyma się tych samych tematów (nuda, samotność, zagubienie), tej samej estetyki (ciepłe kolory, dłuższe ujęcia, brak efektów) i tej samej oprawy audio (minimum dialogów, mało muzyki).


Kilka dnia później wybrałam się z Karoliną na arcynudny film, który miał być w zamyśle o pozostałościach dawnego Tybetu w dzisiejszych Chinach, a był nieudanym dokumentem o joginach. Projekcja z okazji festiwalu buddyjskiego.


Następnego dnia poszłam z Wojtkiem do Cafe Pralnia na "Noc dreszczowców" - horrory z lat 20tych (ekspresjonizm niemiecki, jak Karolina mnie pouczyła).


Filmy te ("Gabinet doktora Caligari" i "Metropolis") zrobiły na mnie ogromne wrażenie i wiem, że na pewno obejrzę ich więcej w najbliższym czasie. Nie tylko kreacja bohaterów, nie tylko te napisy między scenami, nie tylko muzyka, ale też: fabuła, dialogi, estetyka... To chyba to, czego tak bardzo szukam w popkulturze, a znaleźć nie mogę (i pewnie dlatego też Sofia mi się spodobała).

A dziś... Dziś z Arturem wybrałam się w ramach Art&Fashion Festival na darmowy seans "Yellow Submarine" (1968, o i z udziałem Beatlesów). Matko, ten film jest niezwykły, pełen zabawnych gier słownych ("czas to dopiero musi być zmęczony, skoro pracuje 24 na dobę..."), pełen kolorów, wspaniałych aluzji, świetnej muzyki, miód na moje serce, którego część można zobaczyć tu. Ten fragment bardzo mi przypadł do gustu - cały pomysł *pokazania* czasu jest super!

[buziaki dla Babuni]

niedziela, 16 października 2011

Historie kuchenne

W Poznaniu mieszkam w starej kamienicy w całkiem sporym mieszkaniu , które dzielę z pięcioma innymi osobami. Cztery z nich to faceci. Nie ukrywam, że trochę się bałam na początku, ale mój strach nie dotyczył takiej liczby w jednym domu, a wręcz przeciwnie: bałam się tej jednej dziewczyny, z którą miałam w przyszłości dzielić pokój. Po trzech tygodniach mieszkania w tym miejscu mogę powiedzieć, że jestem zadowolona, a moja współlokatorka jest nieziemsko kochana.

Tak jak w Wilnie, kuchnia jest centrum wszechświata. Jest obszerna, z niedoszczelnionym oknem i pralką, która wyciem przypomina pojazd kosmiczny. Kilka szafek, większość z nich (przed naszym przyjazdem była) zagracona dawno przeterminowanymi smakostkami. Sterta niepotrzebnych talerzy i miseczek, cała armia widelców bez noży. Zepsute krzesło, które cierpi na zapaść. No i "raport" z moich podróży, który przygotowałam na Zlot harcerzy, a z którym nie wiadomo było, co zrobić, więc Tomek zaproponował, by go powiesić w kuchni. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, jak się zachować ilekroć któryś z naszych gości nagle zrozumie, że to ja jestem tą podróżniczką.


Jak już powiedziałam, moja współlokatorka jest prześwietna - ciepła, kochana i przyjemna. Jednego dnia wzięła się i sporządziła (bez konsultacji z nikim, haha!) grafik robót domowych. Fajnie, taka zabawna informacja nikogo nie urazi, a jednak da do zrozumienia, co robić należy.

Nigdy nie gotuję z przepisów, zawsze mnie przepisy straszą, się ich boję - takie narzucone normy, ile czego i kiedy powodują, że kark mi się spina i czuję, że gotuję pod presją, a tego nie lubię. Ale jednak, w internecie natknął się na mnie wegański przepis na hinduską potrawę, który serdecznie polecam! Oto on:

PULAO, CZYLI RYŻ Z PRZYPRAWAMI I WARZYWAMI

1 szkl. ryżu (najlepiej basmati)
1/3 szkl. mrożonego groszku
1/2 czerwonej papryki
1/3 szkl. orzechów nerkowca
2 łyżki masła
1 łyżeczka kurkumy lub curry

Na średnim ogniu roztop masło w rondlu o grubym dnie. Dodaj kurkumy smaż przez parę sekund, aby wydobyć z przyprawy aromat. Następnie wsyp do rondla orzechy i praż je przez minutę, cały czas mieszając. Dodaj paprykę pokrojoną w drobną kostkę i praż ją wraz z orzechami przez następne 3 minuty. Na końcu wsyp ryż, nie przestając mieszać. Ryż po paru minutach powinien stać się przezroczysty. Wtedy zalej go dwoma szklankami wody, dodaj groszek i łyżeczkę soli, wymieszaj, przykryj i zagotuj na dużym ogniu. Gdy woda zawrze, zmniejsz ogień do minimum. Od momentu zmniejszenia ognia, nie mieszaj ryżu, gotuj go pod przykryciem. Jest gotowy, gdy wchłonie całą wodę (ok. 10 min). Możesz też wyciągnąć jedno ziarenko i ścisnąć je miedzy palcami. Ugotowane da się całkiem rozetrzeć.

środa, 12 października 2011

3 miejsca, 2 osoby, 1 miasto

Ten post poświęcę kawałkowi mojemu pierwszemu spacerowi po Poznaniu. Mimo że jestem tu już ponad dwa tygodnie, nie miałam zbyt wielu okazji, by się z tym miastem zapoznać - mam albo zajęcia od rana do nocy albo naukę albo nie ma mnie na weekend. Tak czy inaczej, podczas sobotniego spaceru, odkryłam kilka ciekawostek.


Przede wszystkim, Cacao Republika (ul. Zamkowa 7). Przeprzytulna kawiarnia, gdzie można napić się wszelkich produktów mlecznych i spróbować jednego z przepysznych ciast. Już z zewnątrz wyglądała jak jedna z kawiarenek, które tak mocno chwyciły mnie za serce.

To w sumie zabawne, że o kawiarence mówiła mi Karolina, biorąc pod uwagę fakt, że to ona tu jest gościem, nie ja. Podczas całego dnia, właściwie, wydawało mi się, że to ja jestem oprowadzana.


Menu było urzekające - spójrzcie na trzecią pozycję od góry! :)


Zamówiłam "Mleko z syropem kasztanowym" i w ten oto sposób moja wegańska era się skończyła. Skończyła się już właściwie w Holandii, ale żywiłam jeszcze pewne nadzieje na "powrót do korzeni". No niestety, już nie będę "niezwykła".


Nigdy nie zrobiłam sobie żadnego zdjęcia z nikim w toalecie. Nigdy też nie miałam żadnego zdjęcia zrobionego z Karoliną. No i proszę.


Kolejnym odwiedzonym po drodze miejscem była Cupcakes Bakery (ul. Szyperska). Sklep w całości z babeczkami w różnych kształtach, smakach i kolorach.

Po wciągnięciu swojej babeczki, muszę przyznać, że Polsce jeszcze daleko do Europy, gdzie muffinki nie kosztują aż tyle (6-8 zł) i są o wiele większe i o wiele smaczniejsze.

No i trzecie miejsce...
... gdzie można i popłakać i się pośmiać :)

czwartek, 6 października 2011

Świat jest tylko (naszym) umysłem

Dużo się dzieje. Każdy dzień zaczynam najpóźniej o 7.30 , bez względu na to, czy zajęcia mam o 10 czy o 8 - chcę wydłużyć mój dzień tak bardzo, jak to tylko możliwe. Cieszę się, słysząc ulicę za oknem i cieszę się, widząc kolorki mojego pokoju, jestem radosna, wychodząc z łóżka. Poranna poczta, śniadanie, książka. Zniesienie roweru-jazda pod górkę i pomiędzy przechodniami-szukanie miejsca "parkingowego"-zajęcia. Kilka godzin ciągłego "wow", mój mózg pracuje na ogromnych obrotach, zaraz się przepali. Około godziny 14 jestem już zmęczona i przez to marudna. Szybki obiad gotowany w domu, z powrotem na uczelnię. Trochę mniejsza uwaga, ale mimo to kilka stron notatek i przemyśleń zabieram do domu. Jazda z górki-zakupy-kolacja-poczta-small talk ze współlokatorami-nauka i *coś*. Potem o 22.30 już w łóżku, w głowie podsumowując dzień, wyciszając umysł.

To *coś* to ciekawostki. To spotkanie z Alą czy Dominiką, Wojtkiem lub Wojtkiem, to kino, to słuchanie muzyki, to gapienie się na ludzi (siedząc na oknie), jutro Karolina, pojutrze Karolina i dreszczowce, a dzisiaj...


... a dzisiaj był wykład. Tak, po całym dniu (FANTASTYCZNYCH, bo czwartek jest moim dniem FANTASTYCZNYCH) wykładów pierwsze, co robię ja po powrocie do domu to wybranie się na kolejny wykład. Miał on miejsce w Wyższej Szkole Humanistyki i Dziennikarstwa, której nazwa brzmi trochę *puf*, ale której budynku wnętrze robi wrażenie - pełne jakichś mniej lub bardziej intrygujących dzieł sztuki, ładnie pomalowane korytarze.


Wykład był na temat "Świat jest tylko umysłem", prowadzony przez dr Artura Przybysławskiego z okazji 35lecia Buddyzmu Diamentowej Drogi w Polsce. Nie będę zagłębiać się w to, jak wspaniałym mówcą i mądrym człowiekiem pan Artur jest, wynotuję tylko kilka zagadnień z tego, co mówił (a ja wyprodukowałam 6 stron notatek o tym), ku zastanowieniu:
- czy to, co widzimy to świat zewnętrzny, niezależny czy może zależny (np. od naszej interpretacji)? a więc: czy istnieje coś takiego jak niezależna, obiektywna rzeczywistość?
- "widzimy wszystko, tylko nie to, co jest naprawdę" - skoro świat materialny złożony jest z maluteńkich atomów, czy nasze postrzeganie nie jest tylko iluzją?
- wszystko, co się dzieje - dzieje się w naszym umyśle; wszystko jest tylko (naszą) interpretacją świata zewnętrznego; nawet nasze emocje potrafią być silne tylko dlatego, że nadajemy czemuś znaczenie, a więc coś ze świata zewnętrznego interpretujemy jako ważne;
- rzeczywistość jest doskonała (ani dobra ani zła), tylko my ją niewłaściwie przeżywamy;
- buddyjskie szczęście - być szczęśliwym niezależnie od emocji i stanu;
itede itede itede...

I tak, ten wykład trochę na mnie wpłynął. Kiedy po półtorej godzinie wyszłam z budynku, okazało się, że padało i to całkiem mocno i trochę kropi nadal. Kałuże, ciemno, mokre siodełko (bo akurat dzisiaj nie wzięłam pokrowca na nie), zimno i nieprzyjemnie. Moja pierwsza reakcja: "Pada?! O nie, przekichane!", a po chwili w sumie zaczęłam się śmiać sama z siebie i przez następnych 30 minut jazdy cieszyłam się tym, jak w mokrych kostkach brukowych odbija się śpiący Poznań.

poniedziałek, 3 października 2011

Mój pokój

Dziś mija tydzień od kiedy się poczułam częścią tego pokoju. Jest jeszcze trochę do zrobienia, ale mimo to postanowiłam zaprezentować go szerszej publice już teraz.


Tak było tydzień temu. Wszystko wszędzie. Brzydkie meble (których tu nie widać), brzydko ustawione, klaustrofobia. Nie to jednak było najgorsze. Najgorszy był brud. Przez pierwsze 3 dni pokój odkurzałam 2-4 razy dziennie, ciągłe poczucie wszechobecnego kurzu i rozmnażających się pod moimi stopami roztoczy.

Z Arturem walczyliśmy przez dwa dni, skręcając meble, przestawiając czy wynosząc te już skręcone, stare, czyściliśmy wszystko.

W końcu udało się doprowadzić pokój do takiego stanu. Mam dość duże okno od strony słonecznej, więc budząc się, pierwsze co widzę to słonko (lub chmurki) właśnie. Widok z okna taki:


To dziwne, ale kiedy pierwszy raz usłyszałam jakichś młodocianych muzyków ulicznych zaraz pod moim oknem, zaczęłam się śmiać jak szalona, przeżyłam szok kulturowy - przeprowadzka z miejsca, gdzie nie ma żadnych dźwięków do tego burczącego centrum.

LinkNad moim biurkiem powiesiłam sobie Moby'ego i płytkę z Lizbony i... czarną dziurę. Każdy, kto wchodzi do mojego pokoju po raz pierwszy jest nieco skonsternowany. Niektórzy pytają, czy to jakaś sztuka nowoczesna, inni - co mną kierowało przy tworzeniu czegoś takiego. No więc chciałabym zamieścić tu małe sprostowanie: ten czarny kwadrat to naklejka-tablica do pisania. Na razie kredy brak, więc pozostaje tabula rasa ;)

Półkę, która stoi obok biurka trzeba było przykręcić/przywiercić do ściany. Ta prosta - zdawałoby się - czynność zajęła mi kilka dni. O pomoc poprosiłam Wojtka, kolegę z czasów wileńskich, który ma dostęp do wiertarki. Po wielu różnych przygodach (jak na przykład wywiercenie 2,5-centymetrowej dziury) szafka stoi...

... i zapewnia mi poczucie stabilności i spokoju ładnie ułożonymi książkami.

Jeszcze jeden element mojego pokoju, który absolutnie kocham: plakat z festiwalu Avante, który mój host, Pedro, ściągał specjalnie dla mnie z dwumetrowego słupa.

Jak mówiłam, jest kilka spraw, które chciałabym, aby w tym pokoju wyglądały inaczej, jak na przykład ta dziura. Mam już na nią pomysł, czekam na realizację.

Kolejną są drzwi, a raczej freski artystów sprzed mojej ery. Na to też pomysł jest, potrzebna tylko konsultacja.

Tak czy inaczej, pokój jest przytulny i ciepły, dziewczyński. Zazwyczaj w tle leci jeszcze jakaś spokojna muzyka, chill-out czy Moby.

Ach, dla tych, którzy nie wiedzą, mieszkam tu:

Wyświetl większą mapę

PS: dziś będę miała już współlokatorkę!

czwartek, 29 września 2011

Rosh Hashana

Na dobre już zagościłam w Poznaniu. Okej, może i jestem tu tylko cztery dni, ale były to dni bardzo intensywne, pełne wzruszeń i rozczarowań, decyzji i zawahań. Mój pokój wciąż się remontuje, na dniach powinnam upublicznić zdjęcia tego, gdzie i jak mieszkam, póki co jednak mam do ogłoszenia dobrą nowinę...

Otóż... Wraz z dniem wczorajszym świat żydowski wszedł w nowy, 5772, rok! Święto to nazywa się Rosz Haszana. Uroczystości w Gminie Żydowskiej odbywały się o godzinie 18.15, kiedy ja miałam zajęcia z ... Religii Świata! Teoretycznie nie powinno mi się udać być i tu i tam, jednak poszłam na zajęcia i powiedziałam pani profesor, że dziś jest Rosh Hashana i powinnam być w innym miejscu. Myślę, że zrozumiała, że jestem Żydówką, więc mi pozwoliła!

Przyszłam bez zapowiedzi, nieco zmachana po gubieniu się na Poznańskim starym mieście. Budynek z zewnątrz nieco straszny, może trochę nawet obskurny, ale w środku - jak ciepło, jak przyjemnie! Ludzie sobie rozmawiają, życzliwi, otwarci, stół suto zastawiony, mnóstwo jedzenia, mnóstwo napojów, żyć nie umierać!

Po krótkiej rozmowie z przewodniczącą Gminy zostałam zaproszona do stołu. Na moim talerzyku, jak na każdym innym, była już przygotowana chałka i jabłuszko, stał też kieliszek wina.

Zostałam usadowiona przy Emili, Kasi i Magdzie (od lewej), a z każdą z nich miałam wiele tematów wspólnych. Emila jest po kulturoznawstwie (ja studiuję Intercultural Communication, ci sami wykładowcy), Kasia studiowała etnolingwistykę (z tymi samymi językami, co ja), a Magda jest półżydówką (tego, niestety, nie mamy wspólnego), była już trzy razy w Izraelu, a ostatni raz na ulpanie - kursie języka hebrajskiego! Fantastyczne rozmowy!

Święto Rosz Haszana upamiętnia dzieło stworzenia świata i przypomina o tym, co nieuniknione - sądzie Bożym (wraz z nim zaczyna się okres pokuty - Jamim Noraim - i trwa aż do święta Jom Kippur, czyli października). W tym dniu naród żydowski staje ze skruchą przed Bogiem, oczekując przebaczenia i miłosierdzia, podczas gdy Szatan przedstawia dowody grzechów Izraela. W tym czasie Bóg otwiera księgi, w których zapisane są wszystkie czyny człowieka, by wydać na niego wyrok. Podczas tego święta Żydzi odmawiają dodatkowe modlitwy, dmie się kilkakrotnie w szofar (róg, na zdjęciu) – stąd niewłaściwa, potoczna, nazwa "Święto Trąbek".

I siedziałam i słuchałam i chłonęłam i było mi wspaniale. Czułam się na miejscu, było w powietrzu coś z Izraela, nagle zaczęłam bardzo za nim tęsknić i...
...wystraszyłam się, że przyjęto mnie na wymianę do Chin (na którą zgłosiłam się tydzień temu), co wiązałoby się z tym, że nie odwiedziłabym już Izraela w tym roku. Na szczęście, na mojej skrzynce mailowej znalazłam informację, że jednak nie zostałam zakwalifikowana i bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła. Izraelu, nadchodzę!!!

Shana tova!
[Szczęśliwego Nowego Roku, po hebrajsku!]
==================================
a z ciekawostek izraelskich/żydowskich/archeologicznych:
http://googlepolska.blogspot.com/2011/09/z-pustyni-do-sieci-umieszczenie-zwojow.html

czwartek, 22 września 2011

Amsterdam

W ostatni dzień mojej wizyty u Rondów wybrałam się z Sandrą na spacer po okolicy. Wszystkie domki takie same, trawniczki równiótkie, ulice bez dziur, ścieżki rowerowe bez zarzutów - nawet w Meeden, miejscu, do którego ŻADEN autobus nie dojeżdża. Holandia.

Okolica jet cicha, nasze kroki pewnie było słychać z końca ulicy. I nawet niedaleko tego domu, gdzie w środku toczyła się huczna impreza, nie słychać było nic.


... nawet krasnale ogrodowe nie były takie krzykliwe, takie brzydko nieestetycznie wrzeszczące kiczem.

Następnego dnia przyjechałam do Amsterdamu. Padało strasznie, choć świeciło słonko i było ciepło. Ale padało, buty mokły, mokły włosy, oczy się rozpływały. Poszliśmy do kina na przedziwny film ("The future"), który byłby dość depresyjny, gdyby nie fakt, że był... dziwny. Potem następny.


Następnego dnia pogoda wyglądała już lepiej i miałam już odbyś swoją zaplanowaną podróż (Haga-Edam-Haarlem-Rotterdam), ale zaczęło kropić i coraz mocniej i silniej, więc...

... wybrałam się do Stedelijk, muzeum sztuki współczesnej. Po moich doświadczeniach z holenderskimi muzeami (np. PRZEWSPANIAŁE (!!!) muzeum Van Gogha), miałam bardzo sprecyzowane oczekiwania co do tego konkretnego. Cóż, w porównaniu z innymi europejskimi muzeami sztuki współczesnej czy z innymi muzeami holenderskimi Stedelijk nie powaliło mnie na kolana. Mimo to było tam kilka poruszających obrazów, jak ten na zdjęciu: Luc Tuymans "Silent Music" ("Cicha muzyka"). Kolory, kompozycja i tytuł bardzo mnie zastanowiły. Wydaje mi się, że te wszystkie społeczne konwenanse nakładane na nas od dziecka powodują poczucie klaustrofobii, frustracji, ograniczenia. Coś, co powinno być w gruncie rzeczy pozytywne okazuje się być opresyjne, bo nie mieliśmy możliwości dokonania wyboru... W każdym razie, w muzeum spędziłam z 9 godzin i - nadal za mało.

Kiedy wyszłam z muzeum padało niemiłosiernie. Było zimno, wiał wiatr, a deszcz ciął ze wszystkich stron. Mój host na szczęście pomyślał o mnie ciepło i zabrał mi z domu kurtkę i jakieś kanapki, więc nie umarłam w tym deszczu.


Amsterdam pełny jest dziwnych miejsc - squatów, pubów, zaułków. Ponieważ tak strasznie deszcz siąpił, udaliśmy się na małe zwiedzanie. Niewątpliwie najlepiej czułam się w tej knajpce: absolutnie kiczowate rysunki na ścianach, świetna muzyka, wygodne fotele, a ludzie - każdy z innej parafii! No tak, musisz być sobą, by czuć się w takim absurdalnym miejscu.

Następny dzień, ostatni, był przepięknie słoneczny. Spacer po ulicach skąpanych w słońcu i deszczu dnia poprzedniego miał pewien wymiar "filozoficzny", gdyż zaczął się od tejże witryny sklepowej ("Czy żyjesz w tym momencie?"). Nagle w głowie pojawił mi się Eckhart Tolle, nagle pojawił mi się Atul (mój host z Holandii), nagle pojawił mi się Izrael i jakieś jego osoby. No właśnie - czy żyję w tym momencie? Żyję za szybko ostatnio, za dużo muszę rzeczy kontrolować, zbyt wiele małych decyzji podejmować, by *czuć* każdy moment.

No ale usiedliśmy sobie nad kanałem i gapiłam się w wodę. Ci, co czytają tego bloga już jakiś czas, zauważyli już pewnie, że gapienie się w wodę czy na ludzi to jedne z moich ulubionych zajęć. Oba przynoszą mi pewien spokój, czuję się w tym bardzo bezpiecznie.

Niedaleko nas siedział ten oto jegomość - sam, absolutnie sam, na żadnej innej ławce nie było nikogo, on tylko jeden, obserwujący dziewczyny w krótkich sukienkach. Napis na jego bluzie: "farciarz"...

Ale, ale! "Niedaleko nas", to znaczy - mnie...

... i Hamida, który okazał się złotym hostem. Muszę przyznać, że początkowo miałam pewne "ale" jeśli chodzi o wybranie go na hosta. Właściwie: początkowo wybrałam kogoś innego, ale 12 godzin (o 2 w nocy!) dostałam od tamtego smsa, że jedzie do Belgii i ma nadzieję, że sobie jakoś poradzę. Miałam jeszcze kontakt do Hamida, ale w referencjach na jego profilu ludzie najczęściej pisali, że to "wspaniały kompan do imprezowania" czy "imprezowy zwierz", więc bałam się, że się oboje będziemy nudzić. Ale cóż, nie miałam innego wyboru, wysłałam mu sms z pytaniem, czy mogę u niego przenocować, choćby pod stołem. Odpisał: "Tak, mam stół, wpadaj". Okazał się być osobą wspaniałą - bardzo mądry, oczytany, o wielu zainteresowaniach. Fajnie nam się gadało, szczególnie, że jest Irańczykiem, a ja - jak nagle sobie uświadomiłam - o Iranie wiedziałam niewiele.

Tuż przed moim wyjazdem Hamid przygotował mi obiad. Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem tego dania.

======================================================


Lada dzień przenoszę się do Poznania, na studia, na przyszłość. Kupiłam na giełdzie rower, oddałam znajomemu (chętnie podam namiary!), by spojrzał na niego fachowym okiem i... teraz już cała się ekscytuję szosowaniem po tych wszystkich ulicach pełnych spalin...!